Rosjanie znowu zaatakowali Oriesznikiem. Nowe opakowanie, stare fundamenty, ale może być użyteczny

1 dzień temu 5

To był już czwarty lot Oriesznika, w tym drugi zakończony w Ukrainie. Cel znajdował się w rejonie Lwowa, ale nic więcej o nim nie wiadomo. Niewiele jest też sprawdzonych informacji o samej rakiecie. Wydaje się jednak, że nie jest przełomowym rozwiązaniem.

Rosjanie drugi raz użyli Oriesznika w Ukrainie Fot. militaryrussia.ru/SBU

Drugi atak Oriesznikiem na Ukrainę nastąpił w nocy z 8 na 9 stycznia. Głowice pocisku spadły w rejonie Lwowa, jednak do momentu powstawania tego tekstu, nie był znany ich dokładny cel. Pierwsze podejrzenia wskazują na podziemne zbiorniki gazu ziemnego, natomiast oficjalnie Rosjanie piszą o nocnym ataku powietrznym wycelowanym w przemysł produkcji dronów.

Skoro sam cel nie jest jasny, tym bardziej nie należy liczyć na informacje na temat skuteczności ataku, ponieważ Ukraińcy starają się ich nie ujawniać. Nie mają interesu w pomaganiu Rosjanom w ocenianiu czy ich broń działa zgodnie z założeniami. To zbyt cenne informacje.

Problemem jest trafić i wyrządzić jakieś szkody

Nagrania ataku w rejonie Lwowa pokazują podobny obraz jak wykonane w listopadzie 2024 w Dnipro, kiedy Rosjanie użyli bojowo Oriesznika po raz pierwszy. Seria rozbłysków na niebie to ślady świetlne rozgrzanych do czerwoności głowic, spadających z ogromną prędkością pod dużym kątem. Drugi atak wydaje się potwierdzać, że Oriesznik ma sześć głowic konwencjonalnych, które dodatkowo rozdzielają się w locie na sześć mniejszych ładunków (subamunicję). Na cel może więc spadać łącznie do 36 relatywnie niewielkich obiektów. Szacunki na temat masy ładunku Oriesznika mówią o ok.1,2 tony, co oznaczałoby ok. 33 kilogramów na pojedynczą subamunicję. Nie jest to dużo.

Takie rozwiązanie może być jednak wymuszone naturą Oriesznika. Jest to rakieta tak zwanego pośredniego zasięgu, czyli zdolna trafić w cele w przedziale od 800 do 5500 kilometrów od wyrzutni. Na takich dystansach i przy prędkościach lotu rzędu wielu tysięcy kilometrów na godzinę (Ukraińcy podali, że tym razem chodziło o 12 000 km/h) bardzo trudno osiągnąć precyzję. Nie może być mowy o podobnej do tej, którą mają na przykład znacznie mniejsze rakiety manewrujące lub bomby naprowadzane. Międzykontynentalna rakieta balistyczna RS-24 Jars, na której ma bazować Oriesznik, ma mieć CEP (Circular Error Probable, czyli standardowa metoda określania celności pocisków) rzędu 120-150 metrów. To oznacza, że statystycznie co druga trafi w takim promieniu od celu. Do skutecznego działania pocisku z ładunkiem jądrowym tyle wystarczy. Konwencjonalny to już inna historia. 

Nie ma żadnych wiarygodnych kalkulacji na temat CEP Oriesznika, ale można przypuszczać, że jest porównywalny do Jarsa. Tyle że nowa rakieta, przynajmniej na razie, jest konwencjonalna. Najwyraźniej Rosjanie uznali, że wobec tego należy uzbroić ją w głowicę rozdzielającą, aby zasypać rejon celu większą liczbą pocisków i podnieść prawdopodobieństwo trafienia ważnego celu. Skuteczność takiego rozwiązania wywołuje zażarte dyskusje ekspertów, którzy zwracają uwagę na znaczne rozmiary rakiety i najpewniej jej relatywnie wysoką cenę (konkretna nie jest znana, ale większość szacunków mówi o dziesiątkach milionów dolarów za sztukę) a przy tym relatywnie niewielkie efekty. Po poprzednim ataku Oriesznika w Dnieprze, gdzie celem były duże zakłady Jużmasz, zajmujące się opracowywaniem projektów i produkcją rakiet, uszkodzenia widoczne na zdjęciach satelitarnych były bardzo skromne. Ledwie widoczne dziury w dachach budynków i ziemi w okolicy.

Nagranie poprzedniego ataku rakietą Oriesznik na Ukrainę. Końcówka 2024 roku

Wszystko to sprowadza się do konkluzji, że w obecnej formie Oriesznik nie jest bronią w przełomowy sposób groźną. W specyficznej sytuacji może być użyteczny, na przykład podczas szybkiego ataku na lotnisko w Zachodniej Europie, gdzie zgromadziłoby się akurat dużo samolotów, albo na port, w którym byłby właśnie wyładowywany kluczowy towar. Chodzi więc o tak zwane cenne, miękkie cele powierzchniowe. W realiach wojny w Ukrainie są one jednak bardzo rzadko spotykane, bo Ukraińcy od czterech lat funkcjonują ze świadomością zagrożenia atakiem z powietrza, więc starają się nie stwarzać Rosjanom atrakcyjnych celów. Oriesznik jest więc głównie bronią o naturze propagandowej. Do tego Rosjanie mogą ją testować w warunkach bojowych.

Porzucenie pozorów

Oriesznik pozostaje bowiem bronią ciągle nową i względnie słabo sprawdzoną. Najnowszy atak jest czwartym znanym lotem rakiety, choć oficjalnie Władimir Putin twierdził pod koniec ubiegłego roku, że jest ona już w produkcji seryjnej i w służbie bojowej. Tego rodzaju deklaracje w jego wydaniu są zazwyczaj czystą propagandą; trudną do policzenia liczbę razy mijał się w nich z prawdą. Inna kwestia, że w przypadku Oriesznika, Rosjanie i Białorusini twierdzą, iż system już rozmieszczono na Białorusi. 30 grudnia 2025 roku oficjalnie to oznajmili i pokazali nagranie stosownej ceremonii na terytorium tego kraju w odnowionej, starej poradzieckiej bazie Kriczew, tuż przy granicy z Rosją. Na wideo i zdjęciach nie pokazano jednak rakiety ani jej wyrzutni. Jedynie standardowe pojazdy pomocnicze.

Sama rakieta prawdopodobnie jest wspomnianą wariacją starszego RS-24 Jars oraz RS-26 Rubież, który był wersją pośrednią, nigdy nieprzyjętą na uzbrojenie. Prace nad tym pociskiem rozpoczęto około 20 lat temu i natychmiast zaczął być źródłem poważnych kontrowersji. Do 2019 roku rakiety pośredniego zasięgu (IRBM) były bowiem zakazane w Rosji i USA na mocy traktatu INF. Rubież natomiast na taką właśnie wyglądał. Rosjanie oficjalnie zapewniali jednak, że jego zasięg tylko trochę wykracza ponad traktatową górną granicę 5500 kilometrów zasięgu, więc formalnie jest rakietą międzykontynentalną. W czterech udanych (z łącznie pięciu lotów) zazwyczaj pokonywał około 5800 kilometrów. Nie ma wielu konkretnych informacji na temat RS-26, ale najprawdopodobniej był pomniejszonym Jarsem, pomyślanym jako rakieta pośredniego zasięgu, choć formalnie omijająca traktat INF. W 2018 roku prace nad nim zawieszono.

RS-26 powrócił do żywych w 2024 roku w formie Oriesznika. Według większości ekspertów ten ostatni jest skróconą wersją tego pierwszego, pozbawioną jednego stopnia. Traktat INF wygasł w 2019 roku po wycofaniu się z niego USA (co argumentowano naruszeniami porozumienia przez Rosjan), więc już nie ma potrzeby nic udawać. Oriesznik jest klasyczną rakietą IRBM, stworzoną na bazie rozwiązań z większych rakiet międzykontynentalnych, a wszystko to korzeniami sięga do schyłkowego ZSRR. Nowe opakowanie, stare fundamenty. Nie ma więc w nim nic radykalnie nowego i nie jest żadnym jakościowo nowym zagrożeniem. Zwłaszcza uzbrojony w głowicę konwencjonalną.

Nie można jednak przy tym wykluczyć, że Oriesznik został też pomyślany jako broń masowego rażenia. Przy ładunku użytecznym rzędu tony, jak najbardziej można na nim zamontować kilka głowic termojądrowych. Nie wiadomo, czy już istnieje taka możliwość, czy to dopiero przyszłość, ale byłoby dziwne, gdyby Rosjanie tego nie brali pod uwagę. Po uzbrojeniu w głowice termojądrowe wszystkie wcześniejsze deliberacje na temat celności tracą znaczenie. Byłaby to groźna broń wycelowana w Europę. W tym kontekście ma ona znaczenie, nie w kontekście wojny w Ukrainie. Europa ma jednak możliwości obrony przed takim rozwiązaniem. Choć Oriesznik znajduje się na górnej granicy realnych możliwości przechwytywania przez systemy antyrakietowe (główne problemy to wysokość lotu i jego prędkość), to  prawdopodobnie dosięgnąć mogą go kupione przez Niemców izraelskie antyrakiety Arrow-3. Być może także amerykańskie SM-3, zainstalowane między innymi w bazie w Redzikowie. Na razie nie ma jednak dowodów na wprowadzanie Oriesznika do służby w rosyjskim wojsku na dużą skalę. Ograniczeniem mogą być koszty i konieczność skupienia dostępnych środków na Ukrainie.

Więcej informacji na temat znanych parametrów rakiety Oriesznik na blogu "Military Russia"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!

Google News Facebook Instagram YouTube X TikTok
Przeczytaj źródło