Poszła do góralskiej karczmy, po wszystkim pokazała paragon. Doliczyli jej to do rachunku

6 dni temu 12

Sezon zimowy pod Tatrami rozkręca się w najlepsze, a wraz z nim powraca temat cen w gastronomii. Wymarzony urlop w górach to dla wielu Polaków obowiązkowy punkt kalendarza, jednak kwoty podane w menu potrafią odstraszyć. Ostatni przykład turystki, która za wizytę w karczmie zapłaciła ponad 300 złotych, pokazuje, że "paragony grozy” wciąż istnieją.

  • Polacy chętnie wyjeżdżają w Tatry
  • Turystka zapłaciła krocie za obiad
  • Polacy poszukują alternatyw

Polacy chętnie wyjeżdżają w Tatry

Decydując się na urlop w Polsce, turyści coraz częściej muszą liczyć się z wydatkami, które dla wielu stają się znaczącym obciążeniem budżetu domowego. Tatry, mimo że oblegane niezależnie od pory roku, w sezonie zimowym stają się poligonem doświadczalnym dla wytrzymałości finansowej Polaków. Wzrost cen usług w sektorze restauracji i hoteli wyniósł w skali roku 5,5 proc., co odzwierciedlają wskaźniki cen towarów i usług konsumpcyjnych z przełomu roku. Choć teoretycznie nie brzmi to dramatycznie, w popularnych kurortach ceny te bywają odczuwalnie wyższe od średniej krajowej. Restauratorzy tłumaczą podwyżki rosnącymi kosztami stałymi: drastycznym wzrostem cen energii i gazu oraz presją płacową, od stycznia wzrosła płaca minimalna, co bezpośrednio przełoży się na koszty zatrudnienia kelnerów i kucharzy.

Poszła do góralskiej karczmy, po wszystkim pokazała paragon. Doliczyli jej to do rachunkuFot. Virrage Images Inc/CanvaPro

Specyfika miejscowości turystycznych takich jak Zakopane, Białka Tatrzańska czy Szczyrk polega na tym, że biznes musi zarobić na cały rok w ciągu zaledwie kilku miesięcy intensywnego sezonu. To tak zwany “podatek od widoku” lub ”premia za lokalizację”. Klient płaci nie tylko za kotleta schabowego czy kwaśnicę, ale za góralski wystrój, kapelę grającą na żywo i sam fakt bycia w centrum wydarzeń. Niestety, coraz częściej jakość serwowanych dań nie idzie w parze z ich ceną, a turyści czują się traktowani jak przysłowiowe skarbonki. Mimo narzekań, popularność hoteli i pensjonatów pod Giewontem wciąż wydaje się duża, co daje przedsiębiorcom sygnał: granica bólu cenowego konsumenta nie została jeszcze przekroczona, choć jesteśmy już niebezpiecznie blisko.

Turystka zapłaciła krocie za obiad

Historią, która w ostatnich dniach zelektryzowała media społecznościowe, jest przypadek turystki odwiedzającej jedną z popularnych góralskich karczm. Po zjedzeniu obiadu kelner przyniósł rachunek, który opiewał na kwotę 321 złotych. Dla przeciętnej polskiej rodziny jest to wydatek znaczący, stanowiący dla wielu gospodarstw domowych poważne obciążenie. Co złożyło się na taką sumę? Wbrew pozorom na stole nie pojawiły się homary czy steki z wołowiny Kobe. Rachunek obejmował standardowy zestaw obiadowy dla kilku osób: zupy, dania główne oparte na tradycyjnych mięsach, napoje oraz dodatki.

Jednak to nie sama suma końcowa wywołała największe oburzenie internautów, lecz szczegóły widniejące na paragonie. Uwagę przykuła pozycja, która w wielu kulturach gastronomicznych jest traktowana jako darmowy gest gościnności, czyli tak zwane “czekadełko”. W tym przypadku za chleb ze smalcem i ogórkiem, podany przed daniem głównym, policzono 10 złotych.

Muszę Wam to pokazać, bo aż nie wierzę. W jednej z góralskich karczm dostaliśmy czekadełko w postaci chleba ze smalcem i ogórkiem. Przeżyłam duże zaskoczenie, kiedy w domu zobaczyłam, że doliczyli nam to do rachunku. Co o tym myślicie? - czytamy.

Tego typu praktyki, polegające na doliczaniu opłat za elementy, które gość uważa za gratisowe lub o których płatności nie został wyraźnie poinformowany, są psychologicznym zapalnikiem dla zjawiska ”paragonu grozy”. Klienci czują się wówczas oszukani nie tyle wysokością rachunku, co brakiem transparentności. Średnia wartość rachunku w polskiej gastronomii w styczniu 2025 roku wynosiła około 64 złote na osobę. Oznacza to, że choć minął już rok, to omawiany przypadek z karczmy wpisuje się w górną granicę normy cenowej dla popularnych kurortów, ale sposób naliczania opłat pozostawia niesmak gorszy niż przesolona kwaśnica.

Zobacz też: Fatalne wieści dla palaczy. Akcyza winduje ceny, paczka w tym roku będzie kosztowała krocie

Polacy poszukują alternatyw

Reakcje internautów na tę sytuację były zróżnicowane. Część komentarzy wyrażała oburzenie wysokimi cenami i doliczeniem do rachunku czekadełka, inne zaś spojrzały na paragon nieco łaskawiej.

  • Jeju, i tak sporo kasy tam zostawiliście, a oni jeszcze doliczają coś takiego.
  • Okropne. Nieeleganckie tak jakoś.
  • Niestety... Uważam, że należałoby zapytać ich czy to standard, czy pomyłka. Jak standard, to napisać o tym w opinii na Googlach.
  • Normalna cena jak za to wszystko.

Sytuacja na Podhalu skłania coraz większą grupę turystów do szukania alternatyw. Naturalnym kierunkiem staje się Słowacja. Nasi południowi sąsiedzi, mimo przyjęcia waluty euro, w wielu aspektach pozostają atrakcyjni cenowo, a stosunek jakości do ceny bywa tam korzystny. Przykładowo, turyści często wskazują, że posiłki w słowackich Tatrach bywają tańsze, co przy obecnych kursach walut może stanowić finansową zachętę. W porównaniu do wielu zakopiańskich lokali, gdzie ceny bywają wysokie, wydaje się to okazją. Również Alpy, niegdyś postrzegane jako destynacja wyłącznie dla zamożnych, przez część narciarzy rozważane są jako ciekawa alternatywa, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę infrastrukturę narciarską i gwarancję śniegu.

Zjawisko “paragonów grozy” ma też swoje długofalowe konsekwencje dla rodzimej turystyki. Polacy, szukając oszczędności, chętnie wybierają apartamenty z aneksami kuchennymi, gdzie sami przygotowują posiłki, lub korzystają z tańszych barów mlecznych na obrzeżach kurortów. Gastronomia premium, lub ta, która tylko cenowo aspiruje do tego miana, może wkrótce zderzyć się ze ścianą popytu. Jeśli turysta ma zapłacić 321 złotych za zwykłe dania obiadowe, następnym razem zagłosuje portfelem i wybierze kierunek, gdzie gościnność nie jest przeliczana na każdą kromkę podawanego pieczywa. Sezon zimowy w polskich górach staje się więc prawdziwym testem dla portfeli turystów, a przypadek paragonu z płatnym ”czekadełkiem” pokazuje, że ceny w polskich Tatrach szybują, skłaniając turystów do szukania tańszych alternatyw na Słowacji.

Przeczytaj źródło