To miała być rutynowa konsultacja, która pozwoli ruszyć dalej z leczeniem. Zamiast odpowiedzi na pytania, pojawiły się krzyk, pogarda i groźby wezwania ochrony. Jedna wizyta w publicznym szpitalu zmieniła wszystko – także stan zdrowia pacjenta.
Córka pacjenta w rozmowie z dziennikarzami Gazety Wyborczej opisała zachowanie lekarza podczas wizyty w poradni chirurgii klatki piersiowej w Narodowym Instytucie Onkologii. Szpital potwierdził, że sprawa jest analizowana.
Uraz, przypadkowe odkrycie i pilne skierowanie
W listopadzie 2025 roku ojciec pani Anny przewrócił się w domu i doznał złamania pięciu żeber. Trafił do szpitala MSWiA ulicy Wołoskiej w Warszawie. Wykonane tam badanie rentgenowskie ujawniło nie tylko uraz, lecz także dwie zmiany w płucach.
Jedna z nich została szybko rozpoznana jako nowotwór złośliwy. Druga, zlokalizowana w szczycie płuca, nie mogła zostać wówczas poddana biopsji ze względu na współistniejące zapalenie płuc i świeże złamania żeber. Pacjent otrzymał pilne skierowanie do poradni chirurgii klatki piersiowej, aby po poprawie stanu zdrowia ocenić możliwość dalszej diagnostyki i ewentualnego pobrania wycinka.
Z tym skierowaniem córka pacjenta zgłosiła się do Narodowego Instytutu Onkologii na warszawskim Ursynowie. Termin wizyty wyznaczono na 2 stycznia. – Wciąż trudno mi uwierzyć w to, co się tam wydarzyło. Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca ani w publicznym szpitalu, ani w żadnym gabinecie lekarskim – mówi pani Anna.
„A to na wózku to co?”
Ojciec pani Anny ma znaczny stopień niepełnosprawności. Jest po udarze mózgu i choruje na chorobę Parkinsona. Dla bezpieczeństwa bywa przewożony na wózku inwalidzkim.
– Wjechałam z tatą do gabinetu i pierwsze, co usłyszałam, to pytanie: „A to na wózku to co?” – relacjonuje kobieta. Po wyjaśnieniu sytuacji lekarz miał zapytać: „A kim pani w ogóle jest?”.
Córka pacjenta przedstawiła się i przekazała dokumentację medyczną. Jak twierdzi, lekarz przeglądał ją w pośpiechu, część kartek odkładał, inne przekazywał sekretarce do skopiowania.
– Przy okazji skomentował dokumenty słowami: „pewnie napisał to jakiś nawiedzony onkolog”. Zatrzymał się jedynie przy wyniku badania histopatologicznego guza, który był już zdiagnozowany – opowiada pani Anna. Lekarz po chwili miał stwierdzić, że wszystko już wie i że nie ma nic do zaproponowania.
Krzyk, łzy i wezwana ochrona
Kobieta próbowała wyjaśnić, że celem wizyty była ocena drugiej, niezdiagnozowanej zmiany. W odpowiedzi lekarz miał podnieść głos i powiedzieć: „Czy nie słyszała pani, że nie mam nic do zaproponowania?”.
Gdy chciała przekazać płytę z tomografią komputerową, usłyszała, że „żadna płytka nie jest potrzebna” oraz że kobieta „chyba jest głucha”. W tym momencie córka pacjenta się rozpłakała. Tłumaczyła, że skierowanie wystawili onkolodzy i że pacjent posiada kartę Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego, która uprawnia do leczenia w trybie przyspieszonym.
Zgodnie z jej relacją, lekarz nakrzyczał na nią, że nie powinni się tu znaleźć i że ktoś zapisał ich dodatkowo. – Kazał mi wyjść, mówiąc, że nie może na mnie patrzeć – relacjonuje.
Gdy poprosiła o pisemne uzasadnienie odmowy i zapowiedziała, że nie opuści gabinetu bez zbadania pacjenta, lekarz polecił sekretarce wezwanie ochrony.
– Powiedziałam, że w takim razie wyjdę sama. Dodałam, że mój tata jest cudownym człowiekiem i nie popuszczę w walce o jego zdrowie i życie. Wychodząc, usłyszałam jeszcze, że mam zabrać również tatę – mówi pani Anna.
Stan zdrowia pacjenta mocno i gwałtownie się pogorszył
Po wyjściu z gabinetu sytuacją zainteresowali się inni pacjenci oczekujący w poczekalni. Jak relacjonuje córka chorego, część z nich sprawdzała opinie o lekarzu w serwisie Znany Lekarz, gdzie miały się pojawiać liczne krytyczne komentarze na temat sposobu, w jaki przyjmuje pacjentów.
W dokumentacji z wizyty znalazło się jedynie streszczenie wcześniejszych informacji – bez nowych ustaleń. Kobieta poprosiła o zmianę lekarza i otrzymała nowy termin.
Kilka dni później stan zdrowia jej ojca gwałtownie się pogorszył. Jak opisuje córka, ze względu na stres mężczyzna „całkowicie zesztywniał” i nie mógł przesiąść się z łóżka na wózek. – Powtarzał, że lekarz przekreślił go przez wiek i parkinsona – mówi. Doszło także do upadku i urazu głowy, po którym pacjent trafił na oddział neurologii.
Druga konsultacja, już u innego specjalisty, przebiegła zupełnie inaczej. – Spotkałam się z empatią, spokojem i profesjonalnym podejściem – opisuje córka pacjenta.
Szpital zareagował na skargę
Pani Anna złożyła oficjalną skargę do Narodowego Instytutu Onkologii. Jak twierdzi, w rozmowie z jedną z kierowniczek oddziału odniosła wrażenie, że problem z zachowaniem lekarza nie jest incydentalny.
Kobieta podkreśla, że liczy na realne konsekwencje, „żeby nikt więcej nie został tak potraktowany”
Dziennikarze GW o sprawę zapytali rzeczniczkę instytutu Monikę Dzienyńską-Dyk. Poinformowała, że trwa postępowanie wyjaśniające, ale na razie nie mogą odnieść się do szczegółów.
Zapewniła jednak, że „dobro pacjenta, poszanowanie praw i godności oraz wysoki standard opieki medycznej są dla nich nadrzędne i jakiekolwiek odstępstwa nie są akceptowane”.
Czytaj też:
Koszmar 75-letniego pacjenta. „Nie możemy go wypisać, bo ktoś przejął jego dom”Czytaj też:
Paraliż w szpitalu z powodu dnia wolnego. Tak potraktowano pacjentów






English (US) ·
Polish (PL) ·