Zmiany w inspekcji pracy wstrzymane. "Nie wiem, czy ktoś przeanalizował skutki tej ustawy"

2 dni temu 12
  • Nie będzie automatycznego przechodzenia na umowę o pracę. Po miesiącach pracy nad ustawą reformującą Państwową Inspekcję Pracy taką decyzję podjął premier Donald Tusk.
  • Zdaniem Michała Bulsy, prezesa Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie, ruch premiera jest bardzo dobry.
  • - Gdyby ktoś w ministerstwie przeanalizował, jakie skutki dla szpitalnictwa może mieć ta zmiana, to z pewnością mocno by się zastanowił, czy ją w ogóle proponować - komentuje w rozmowie z PulsHR.pl.
  • Z kolei szefowa resortu pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk zapewnia, że trwają rozmowy o kształcie skutecznego narzędzia do "przeciwdziałania patologii, która trawi polski rynek pracy, czyli patologii umów śmieciowych".

"Przesadna władza urzędników". Premier kończy z reformą PIP w obecnym kształcie

Premier Donald Tusk na konferencji po wtorkowym szczycie "koalicji chętnych" w Paryżu zabrał głos w sprawie dalszych losów reformy Państwowej Inspekcji Pracy. Oficjalnie potwierdził to, co wcześniej pisały media - reforma w tym kształcie nie ma racji bytu.

Chodzi głównie o jedną, acz kluczową kwestię, czyli nadanie PIP możliwości przekształcania na mocy decyzji administracyjnej umów cywilnoprawnych w umowy o pracę.

- Przesadna władza dla urzędników, którzy będą decydowali o tym jak się, kto zatrudnia (...) byłaby bardzo destrukcyjna dla bardzo wielu firm i mogłaby także oznaczać utratę pracy dla wielu ludzi. Tak wynika z mojej analizy. I dlatego w sposób bardzo twardy i z uzasadnionymi emocjami o tym mówiłem i tłumaczyłem paniom i panom ministrom, dlaczego widzę ryzyka z tym związane i podjąłem decyzję, żeby nie kontynuować pracy nad tego typu reformą. Tak że sprawę uważam z mojego punktu widzenia za zamkniętą - tłumaczył swoją decyzję premier Tusk.

Premier zdecydował, że prace nad ustawą w powyższej formie nie będą  kontynuowane.

Minister pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk nie odpuszcza walki o zmiany w prawie. Już zapowiedziała rozmowy z partnerami z koalicji dotyczące wprowadzenia skutecznych rozwiązań ograniczających nadużywanie tzw. umów śmieciowych. Przypomniała jednocześnie, że zmiany w Państwowej Inspekcji Pracy są elementem Krajowego Planu Odbudowy i mają służyć wzmocnieniu ochrony pracowników.

- Rozmawiamy o kształcie skutecznego narzędzia do przeciwdziałania patologii, która trawi polski rynek pracy, czyli patologii umów śmieciowych. Co do tego nie ma żadnych dyskusji, żadnego sporu - mówiła szefowa resortu pracy.

Nie wiem, czy politycy byliby zadowoleni z konsekwencji zmian kontaktów w etaty

Michał Bulsa, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Szczecinie uważa, że z perspektywy sektora medycznego jest to dobry ruch. W Polsce większość lekarzy pracuje właśnie na podstawie kontraktów. Ilu dokładnie? Bulsa wskazuje, że ich liczba jest różna w zależności od regionu czy rodzaju szpitala. W zachodniopomorskim, czyli regionie, który on reprezentuje, nawet 80-90 proc. lekarzy jest na kontrakcie, natomiast na Wschodzie Polski medycy częściej wybierają pracę na etat. Tam ok. 40-50 proc. z nich decyduje się na kontrakt. Jednak - jak zaznacza nasz rozmówca - zmiana warunków ich pracy będzie mieć nieciekawe skutki, które odczujemy my wszyscy.

- W przypadku lekarzy umowy kontraktowe zostały wprowadzone dlatego, że liczba personelu medycznego nie odpowiada realnym potrzebom. Dzięki tej formie zatrudnienia można stosować inne rozwiązania związane z czasem pracy lekarzy. Nie wiem, czy ktoś w Ministerstwie Pracy przeanalizował skutki tej ustawy dla szpitalnictwa. Wydaje mi się, że nie, bo gdyby ktoś to zrobił, to z pewnością mocno by się zastanowił, czy takie zapisy w ogóle proponować - uważa rozmówca PulsHR.pl.

Jak dodaje, konsekwencje wejścia w życie tych przepisów mogą być katastrofalne. Przekształcenie kontraktów w umowy o pracę z jednej strony mocno powiększyłoby obciążenia finansowe placówek. Pojawiłaby się cała litania dodatkowych kosztów, które musiałby pokryć pracodawca, jak np. składki do ZUS. A pamiętajmy, że szpitale i bez tego mierzą się ze sporymi wyzwaniami finansowymi.

- Są szpitale, gdzie lekarze wyrażają chęć pracy na podstawie umowy o pracę, ale dyrektorzy z obawy przed ogromnymi kosztami zatrudnienia nie godzą się na to - przyznaje.

Z drugiej strony praca na etacie powoduje, że pracownicy podlegają ustawowym ograniczeniom związanym z czasem pracy, np. określone przerwy między zmianami. Wówczas zgodnie z prawem pracy lekarze nie mogliby pracować przez tyle godzin, co obecnie.

- Nie chodzi o to, żeby lekarze zaharowywali się na śmierć, ale efekt ograniczeń byłby taki, że w wielu placówkach - szczególnie tych mniejszych, jak szpitale powiatowe - niedobór personelu byłby tak duży, że ich funkcjonowanie zostałoby mocno zaburzone, niektóre placówki po prostu musiałby się zamknąć. Nie wiem, czy politycy byliby zadowoleni z takiego obrotu sprawy - dodaje.

Przypomina też, że samorząd lekarski wcześniej nie miał okazji wypowiedzieć się na temat potencjalnych konsekwencji tej zmiany, bowiem w ogóle nie został zaproszony do wzięcia udziału w konsultacjach tego projektu. Bulsa liczy, że w toku dalszych pracy to się zmieni.

- W Polsce zamiast patrzeć ogólnie na problemy życia codziennego, rządzący lubią skupiać się na takich "wycinkach" z tego, co nas otacza. I dokładnie takim "wycinkiem" jest reforma PIP. Ministerstwo ochoczo zaproponowało zmiany, konsekwencji których chyba nie do końca jest świadome. Bo co wówczas, gdyby te problemy w ochronie zdrowia naprawdę wystąpiły? Cały sektor potrzebuje gruntowej i kompleksowej reformy, a nie skupiania się wyłącznie na formie zatrudniania lekarzy. Mam wrażeniem, że politycy trochę pudrują trupa i uważają, że szpital może być w każdej gminie i to taki szpital, który zapewni dostęp do wszystkich możliwych oddziałów i jeszcze sali operacyjnej. Co więcej, to wszystko będzie dostępne 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Nie ma państwa, które to wytrzyma organizacyjnie, finansowo i osobowo. Na umowie o pracę tym bardziej - podsumowuje.

Przeczytaj źródło