Wojna Trumpa z Iranem rozerwała USA na pół. Ostatnie protesty to niezbity dowód

2 godziny temu 6
ZIZOO.PL
Napięta sytuacja na linii Waszyngton-Teheran sprawiła, że przez USA przetoczyła się fala demonstracji. Setki osób zgromadziły się w stolicy, gdzie w otoczeniu gęstych kordonów policji doszło do konfrontacji dwóch skrajnie różnych obozów – przeciwników ataków na Iran i środowisk irańskich, które popierają twardy kurs amerykańskich władz. Decyzje amerykańskiej administracji dotyczące nalotów na Iran wywołały niezwykle żywiołową reakcję. W wielu miastach obywatele USA postanowili spontanicznie wyjść na ulice, aby wyrazić swoje zdanie na temat działań Donalda Trumpa. Manifestacje pokazały, że społeczeństwo amerykańskie jest w tej sprawie pęknięte na pół, a każda ze stron ma zupełnie inne cele. Amerykanie protestują przez działania Trumpa wobec Iranu W stolicy Stanów Zjednoczonych w weekend zorganizowali się pacyfiści i twardzi przeciwnicy działań Trumpa wobec Iranu. Głównym motorem napędowym i organizatorem antywojennych zgromadzeń była Partia na rzecz Socjalizmu i Wyzwolenia. Jej sympatycy pojawili się z transparentami, na których dominowało jedno, niezwykle wyraziste hasło: "Żadnej nowej wojny USA na Bliskim Wschodzie". W tym tłumie słychać było potężną falę krytyki wymierzoną wprost w Donalda Trumpa. Demonstranci głośno skandowali swoje postulaty, zarzucając swojemu prezydentowi nieodpowiedzialność. Jedna z uczestniczek w bardzo ostrych słowach oceniła zachowanie Trumpa, twierdząc, że jego decyzje wynikają z głębokiego braku pewności siebie. Kobieta oskarżyła go wręcz o to, że jest w stanie poświęcać ludzkie życie i wysyłać cudze dzieci na wojnę wyłącznie po to, aby poprawić własne ego i udowodnić swoją dominację na arenie międzynarodowej. Dla tej grupy manifestantów jakikolwiek amerykański atak na Iran to niebezpieczny krok w stronę globalnej katastrofy. "Nowy dzień" dla Iranu. Diaspora popiera ataki USA Zupełnie odmienne nastroje panowały zaledwie kilkanaście metrów dalej. Na tej samej ulicy zgromadziła się bowiem potężna kontrmanifestacja, której trzon stanowiła Narodowa Grupa Solidarności Iranu. Przedstawiciele irańskiej diaspory przyszli na marsz, aby z pełnym przekonaniem wyrazić swoje poparcie dla amerykańskich uderzeń wymierzonych w reżim w Teheranie. Zamiast wściekłości w tej grupie dominowała euforia, a niektórzy uczestnicy wręcz tańczyli z radości, celebrując wymierzenie ciosu w bliskowschodnie władze. Osoby pochodzenia irańskiego, biorące udział w zgromadzeniu, podkreślały historyczny wymiar tych wydarzeń. Zaznaczano, że dla ich narodu właśnie nastał nowy dzień i pojawiła się realna szansa na wyzwolenie spod dotychczasowych rządów. Grupa ta miała również bardzo jasny cel polityczny wymierzony w politykę wewnętrzną USA – chcieli wywrzeć ogromną presję na Partię Demokratyczną. Zależało im na pokazaniu amerykańskim politykom, że ofiary irańskiego reżimu stoją murem za zdecydowanymi, militarnymi działaniami podejmowanymi przez administrację Donalda Trumpa. Czerwone czapki i zderzenie dwóch światów W tłumie sympatyków ataku bez trudu można było dostrzec osoby ubrane w charakterystyczne czerwone czapki. Nawiązywały one bezpośrednio do doskonale znanego hasła wyborczego (MAGA), jednak tym razem widniał na nich zupełnie nowy, wymowny napis: "Make Iran Great Again" ("Uczyńmy Iran znów wielkim"). Biorąc pod uwagę potężne emocje, łzy radości mieszające się z okrzykami gniewu oraz skrajne postulaty obu grup, lokalne władze musiały podjąć stanowcze kroki. Aby nie dopuścić do fizycznych starć między obozem antywojennym a zwolennikami ataków na Iran, zdecydowano się na wzmocnienie środków bezpieczeństwa. Cały teren wokół protestu był patrolowany przez uzbrojone kordony policji oraz agentów służb. Ten głęboki podział na amerykańskich ulicach to idealne odzwierciedlenie tego, jak bardzo dzisiejsze społeczeństwo w USA jest rozerwane w kwestii podejścia do spraw międzynarodowych.
Przeczytaj źródło