W tym grobie nikt nie leży. Hanna L. żyje i czeka na wyrok

2 tygodni temu 13

Urnę z prochami 49-letniego Dariusza Sikorskiego złożono w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Nowofarnym w Bydgoszczy. Takie było życzenie zrozpaczonej matki. Chciała mieć swych najbliższych - ojca i syna - pochowanych w jednym miejscu. Pogrzeb odbył się 4 kwietnia 2019 roku o godzinie 13. Żałobników było niewielu. Zapłakana wdowa kryła twarz za czarną woalką.

Z karty zgonu wypisanej przez lekarkę niepublicznego zakładu opieki zdrowotnej w Łodzi wynikało, że powodem śmierci było zatrzymanie krążenia 31 marca o godzinie 23.30.

Sikorski mieszkał w centrum miasta, ale gdy nastąpił krwotok do mózgu, pogotowie nie zdołało przyjechać na czas.

Lekarka trochę się wzbraniała z wypisaniem dokumentu o zgonie bez obejrzenia denata, ostatecznie poszła na rękę przyjacielowi Sikorskiego. Niepotrzebnie tylko napisała pod dyktando zgłaszającego o uszkodzeniu mózgu, wszak nie wykonano takiej diagnostyki.

Zmartwychwstanie wdowy

Mieszkanie po zmarłym wynajął ktoś zupełnie obcy. Ponieważ nie uprzątnięto rzeczy poprzedniego lokatora, nowy najemca przejrzał je przed wyrzuceniem i znalazł kartkę z londyńskim numerem telefonu oraz adnotacją, że jest to kontakt do córki denata. Zadzwonił, młoda kobieta potwierdziła adres, jako mieszkanie jej rodziców. Nie wiedziała, że ojciec nagle zmarł, a mama przeprowadziła się do Warszawy.

Właśnie tam przyszło pismo z PZU. Wdowa Hanna L. została poinformowana, że nie ma podstaw do wypłaty 300 tysięcy złotych ubezpieczenia na życie zarejestrowanego przez jej zmarłego męża, z uwagi na fakt, że było ono ważne od 1 kwietnia 2019 (wpłacono tylko pierwszą składkę), a zgon nastąpił dzień wcześniej.

Półtora roku później do siedziby Towarzystwa Ubezpieczeń i Reasekuracji "Warta" przyszedł Mateusz T., aby - z upoważnienia mieszkającej za granicą córki Hanny L. - zgłosić zgon jej 46-letniej matki. Denatka miała wykupione dwie polisy ubezpieczeniowe. Jedną w "Warcie" na 200 tysięcy złotych, drugą w PZU na 100 tysięcy. Mateusz T. dysponował pełnomocnictwem klientki. Ponadto rodzinie zmarłej należał się zasiłek pogrzebowy.

Jak wynikało z przedstawionych dokumentów, kobieta została pochowana na cmentarzu komunalnym w Sochaczewie w kwaterze oznaczonej literą M. Znaleźliśmy ten grób.

Grób oskarżonej Hanny L.

Grób oskarżonej Hanny L. FOT. KAMIL SIAŁKOWSKI

Tym razem polisy wykupiono dwa miesiące wcześniej, a to upoważniało do wypłaty pieniędzy. I tak zapewne by się stało, gdyby firma nie została uprzedzona gorącym telefonem z prokuratury, że Hanna L. jednak żyje.

Literacki popis na karcie zgonu

Mistyfikację odkryto przez przypadek. Od pewnego czasu śledczy z Białegostoku interesowali się biznesami byłego świadka koronnego Dariusza Sikorskiego. Podejrzewano, że oszukuje swych klientów. Z tego powodu policja przeszukała jego mieszkanie. Plon rewizji okazał się zdumiewający: w biurku żony podejrzanego leżały dwa różne akty zgonu tego mężczyzny. Jeden z 31 marca 2019 roku, drugi z kwietnia 2021 roku.

Prawdziwy był tylko ten drugi, potwierdzony w szpitalu dla ciężko chorych na covid specjalnie przeprowadzonymi badaniami genetycznymi.

Akt zgonu z 2019 roku pozwalał wyjaśnić, dlaczego prokuratury w innych miastach umarzały dochodzenia w sprawie przestępstw Sikorskiego. Postępowania karne przeciwko niemu toczyły się w różnych częściach Polski, ale przerywano je w związku z informacjami z systemów ewidencyjnych, że od dwóch lat nie ma go wśród żywych.

To nie koniec niespodzianek. W warszawskim mieszkaniu przy ul. Brazylijskiej przebywała żona zmarłego Hanna L., którą "pochowano" kilka miesięcy wcześniej. Kobieta była poszukiwana przez bydgoską policję. Nie stawiła się w więzieniu, miała do odsiedzenia wyrok sądu w Gdańsku za oszustwa - dwa i pół roku.

W prokuraturze wczytali się w dokumentację medyczną o rzekomym zgonie Hanny L. Napisano tam, że pacjentka chorowała "na niewydolność płuc, które początkowo wyglądała na normalne przeziębienie, ale w nocy dopadł ją ostry kaszel i zaczęła się dusić. Jej usta i palce zrobiły się sine, przestała oddychać. Kiedy jej ciało było szare i zapadnięte, uszło z niej życie". Śledczych zdziwiły literackie opisy agonii. Nigdy dotąd nie spotkali się z tak przygotowanym dokumentem.

Przesłuchano lekarkę, która wypisała akt zgonu. Choć na dokumencie widniały jej imię i nazwisko oraz pieczątka, twierdziła, że nic nie wie o śmierci takiej osoby. Na tej podstawie, a także po oświadczeniu ojca Hanny L., który był przekonany, że jego córka Hanna cieszy się dobrym zdrowiem, "Warta" zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu oszustwa i sfałszowania dokumentów medycznych przy składaniu wniosku o wypłatę świadczenia z tytułu zgonu Hanny L.

W aktach prokuratorskich są zeznania Adriany Łabędy, kierowniczki cmentarza w Sochaczewie, pamiętającej pogrzeb Hanny L. Mężczyzna podający się za pracownika stowarzyszenia Strażnica, zajmującego się bezdomnymi ofiarami pandemii koronawirusa, szukał taniego miejsca na pochówek zmarłej warszawianki.

Cmentarz w Sochaczewie

Cmentarz w Sochaczewie FOT. KAMIL SIAŁKOWSKI
Wykupił miejsce na 20 lat, ale nie zapłacił całej kwoty. Później ściągnięciem należności zajęła się firma windykacyjna. Pogrzeb był pospieszny - bez księdza i żałobników. Po włożeniu urny do grobu została usypana mogiła, która z czasem zaczęła się osuwać i zarastać chwastami.

Nie mogła na to patrzeć właścicielka sąsiedniego grobowca, więc bezinteresownie porządkowała grób przed świętem zmarłych.

Podczas pogrzebu nikomu z pracowników cmentarza nie przyszło do głowy, że to mistyfikacja. Wszak złożono w kancelarii wszystkie potrzebne dokumenty. Ale kilka lat później przesłuchiwana w prokuraturze pani Adriana przypomniała sobie, że przyniesiony przez wysłannika Strażnicy akt zgonu miał inny wzór druku. Powiedziała o tym śledczym; nie wzbudziło to ich zainteresowania.

Pani Małgosia jest w śpiączce

Śledztwo z udziałem CBŚP zataczało coraz szersze kręgi. Zebrane dowody wskazywały, że Hanna L. i Dariusz Sikorski od 2019 roku działali w zorganizowanej grupie przestępczej na terenie Augustowa, Suwałk, Białegostoku oraz w Wilnie.

Przestępcy okradali swych kontrahentów pod pozorem prowadzenia działalności gospodarczej. Oszustwa były bardzo różne. Łączyło je to, że złoczyńcom zależało tylko na ograbieniu ofiar. W tej mierze postępowali konsekwentnie od pierwszego dnia założenia sztandarowej firmy MaxPlast.

Sikorski uważał, że skuteczne naciąganie klientów wymaga wiarygodnego wizerunku jego firmy. Zaczął od wynajęcia w Suwałkach reprezentacyjnego lokalu i zamówienia u wrocławskiego producenta indywidualnie zaprojektowanych mebli, co miało kosztować 280 tysięcy złotych. Ponadto wziął w leasing trzy mercedesy najnowszej generacji.

W takiej oprawie rozmowy prezesów MaxPlastu z kontrahentami nabierały wiarygodności, kiedy zamawiali np. tony oleju słonecznikowego (na dalszy handel) czy ziarna rzepaku. Wrażenie solidnej firmy potęgowało niezwłoczne wysyłanie do klienta potwierdzenia zapłaty za towar z zagranicznego konta.

O tym, że przelewy były fałszywe, kontrahenci dowiadywali się dopiero od prokuratora, po wielu miesiącach zwodzenia ich przez ludzi Sikorskiego obietnicami, że faktura będzie zapłacona jutro, albo, że dyspozycja do banku jest zamrożona z powodu weekendu itd.

W takiej sytuacji znaleźli się właściciele lokali wynajętych na biura, dysponenci usług telekomunikacyjnych; nie płacono też za wypożyczenie samochodów, a przede wszystkim za tony zamówionego towaru. Bardzo nacięły się na niesolidnego kontrahenta firmy skupujące wierzytelności.

Do warszawskiego sądu wpłynął akt oskarżenia z dokumentami postępowania przygotowawczego. Kilkanaście tomów spośród 60 zajęły screeny SMS-ów i rozmów telefonicznych pracowników MaxPlastu z oszukanymi klientami.

Oto na przykład ktoś dobija się do wiceprezeski Małgorzaty W. Sikorski, odbierając telefon, przedstawia się wymyślonym nazwiskiem: Ariel Neuman. Kłamie, że "z punktu widzenia medycznego połączenie jest niemożliwe, bo pani Małgosia jest w śpiączce farmakologicznej. Nieszczęście przyszło nagle, nikt w firmie nie ma od niej pełnomocnictwa, zatem trzeba czekać, bo wszystkie prowadzone przez panią wiceprezes transakcje leżą nietknięte na biurku".

Telefonujący awanturuje się, że sprawa jest pilna, chodzi o niezapłacone faktury. - Naprawdę jestem bezradny - jęczy do słuchawki Neuman. - Czekam na jakąkolwiek możliwość ruchu.

Ponieważ telefony od oszukanych kontrahentów dzwonią bez przerwy, Sikorski vel Neuman blokuje numery. Pracownicy mają inny sposób na potok wyzwisk oszukanych klientów. Najpierw udają, że rozmowa została przerwana. Jeśli wierzyciel nie ustępuje i ponownie dzwoni, jego rozmowa z niesolidną firmą kończy propozycją dłużnika, aby "wyp****alał ze swymi pretensjami do sądu".

Wspólnicy oszustwa

Podczas przesłuchania wszyscy ludzie Sikorskiego zwalali winę na zmarłego szefa; siebie przedstawiali jako ofiary jego manipulacji. Wielu nie znało prawdziwego nazwiska prezesa. Myśleli, że nazywa się Neuman.

Kobiety, które były jego kochankami twierdziły, że zostały przymuszone do takiej bliskości. Szły z prezesem do łóżka "sparaliżowane strachem".

Protokoły przesłuchań są nie tylko katalogiem potwierdzanych oszustw, ale też pokazują drogę, jaką przebyli szeregowi urzędnicy z państwowych urzędów, wchodząc po zmianie pracy do zorganizowanej grupy przestępczej.

50-letni Krzysztof F. z Suwałk, absolwent zarządzania na uczelni ekonomicznej zeznał, że jego kontakt z Arielem Neumanem rozpoczął się dnia, kiedy przyszedł do biura Play, aby kupić telefony na firmę MaxPlast. F. był sprzedawcą. Rozgadali się. Klient dawał do zrozumienia, że dysponuje dużym kapitałem. Kiedy więc zapytał Krzysztofa F., czy zna osoby, które mogłyby pomóc w prowadzeniu biura jego kolejnej firmy w Suwałkach, zajmującej się produkcją napojów energetycznych eksportowanych na Litwę, F. pomyślał o swej znajomej Małgosi W. Odeszła ze skarbówki i szukała pracy.

Perspektywy zatrudnienia u Neumana wyglądały tak nęcąco, że Krzysztof F. postanowił iść w ślad swej znajomej i również został pracownikiem MaxPlastu. Miał handlować zużytym olejem rzepakowym, sprowadzanym z USA. Wkrótce zorientował się, że oferuje produkt istniejący tylko na papierze. Transakcje były fikcyjne.

Oszustwa na polecenie prezesa mnożyły się. F. umoczył się w podrabianie pełnomocnictw. Fałszował potwierdzenia przelewu zapłaty za czynsz. Pozorując prowadzenie działalności gospodarczej w MaxPlast wprowadził w błąd pracownika firmy z Katowic o istnieniu nabytych przez tę firmę wierzytelności. Nieprawdziwymi fakturami posługiwał się w transakcjach nabywania długów od innych spółek.

Jego psychiczny dyskomfort z powodu kolizji z prawem pogłębiał fakt niedotrzymania przez prezesa warunków wynagrodzenia.

F. miał zarabiać pięć tysięcy złotych miesięcznie, dostał tylko pierwszą wypłatę w wysokości 1500 złotych. Kiedy poszedł upomnieć się o swoje pieniądze usłyszał, że za słabo pracuje. Obiecał poprawę, zintensyfikował oszustwa, a wtedy powiedziano mu, że kapitał firmy jest zamrożony z powodu handlowych transakcji na Białorusi.

Nie mógł liczyć na interwencję u Małgorzaty W., choć w międzyczasie awansowała na drugą osobę w firmie po szefie. W nowej konfiguracji mocno rozluźniła towarzyskie kontakty z dawnym znajomym.

W. reprezentowała spółkę MaxPlast na zewnątrz, co w praktyce oznaczało wystawianie fikcyjnych faktur, organizowanie zakupu różnych towarów, za które wysyłano sfałszowane dowody zapłaty. Ponadto pozyskiwanie leasingu luksusowych aut dla rodziny właściciela. Kiedy już nie dało się ukryć przestępczych kombinacji, na polecenie Sikorskiego powołała w Augustowie nową spółkę Centrum Badania Zanieczyszczenia Środowiska WhiteHorse - zajmowała się obrotem środkami biobójczymi. Oboje byli przekonani, że dystrybucja płynów dezynfekcyjnych okaże się żyłą złota. W kraju porażonym epidemią koronawirusa bardzo wzrosło zapotrzebowanie na takie produkty.

W. była tak bardzo oddana swemu szefowi, że wprowadziła w błąd prezesa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, gdy próbowała wyłudzić pozwolenie dla WhiteHorse na obrót środkami biobójczymi. We wniosku podała nieprawdę o składzie produktu, który w rzeczywistości nie odkażał z powodu nikłej zawartości spirytusu. Ale o tym niefortunni klienci (głównie szpitale), dowiadywali się po nabyciu towaru.

Podejrzana zeznała w prokuraturze, że dopuściła się przestępstwa ze strachu przed Sikorskim. Podejrzewała go o kontakty z tajnymi służbami i dlatego mógł przez kilka lat bezkarnie oszukiwać klientów.

Zauważyła, że nosił przy sobie dysk, na którym miał zapisane różne poufne informacje. Nigdy się z nim nie rozstawał.

Kiedy w interesach zrobiło się gorąco i obawiano się wejścia CBŚP, Sikorski vel Neuman zniknął, kazał informować wszystkich, że zmarł na atak serca. Polecenie wykonała ze strachu.

- Pani mówiła pracownikom firmy, że go kocha - śledczy przypomniał kobiecie treść jej pierwszego przesłuchania.

- Musiałam udawać - odpowiedziała.

Wszystko zostanie w rodzinie

Również Mateusz T. - ten, który zgłaszał w firmach ubezpieczeniowych i urzędach stanu cywilnego zgony Dariusza Sikorskiego oraz Hanny L. - na uwagę prokuratora, że działał w zorganizowanej grupie przestępczej, był gotów zgodzić się z taką oceną.

T. pozostawał w bliskich kontaktach z Sikorskim, wszak chodził z jego córką. Uznając zasadę, że wszystko zostanie w rodzinie, spreparował podpisy lekarzy na aktach zgonu (urzędowe zaświadczenie kupił w drukarni, pieczątkę zrobił domniemany denat) i przygotowywał ceremonie pogrzebowe. Wszystko szło gładko poza próbą wyłudzenia zasiłku pogrzebowego, a następnie ubezpieczenia na życie.

O podejrzanych interesach w firmach przyszłego teścia Mateusz T. powiedział śledczym tyle, że oszukiwali, nie płacili zobowiązań, kradli paliwo, podrabiali podpisy na fakturach. Wyłudzone na zasadzie leasingu trzy mercedesy nigdy nie wróciły do właściciela.

Kiedy rozstał się z narzeczoną zrozumiał, że dla Sikorskiego był tylko tzw. słupem. Jego główne zadanie w pracy polegało na szukaniu w internecie odbiorców i pobieraniu od nich bezzwrotnych zaliczek na towary, których nigdy nie było w magazynach firmy. Kiedy natłok roszczeń okradzionych klientów groził interwencją prokuratury, zwijali interes i przenosili się do innego miasta, gdzie Sikorski pod zmienionym nazwiskiem - między innymi podpisywał się jako Artur Cibor - zakładał nową spółkę.

Na tej zasadzie w czasach epidemii koronawirusa powstało CBZŚ WhiteHorse. Mieli puste magazyny, ale szefa Urzędu Rejestracji Produktów Leczniczych zapewniali, że w pełni zaspokoją zapotrzebowanie na środki dezynfekcyjne wszystkich szpitali na Podlasiu i wielu na Litwie. W ich hurtowni miało czekać na odbiór 10 mln butelek pięciolitrowych. Wszyscy w firmie wiedzieli, że to blef.

Rozmowa z duchem

T. zwierzył się prokuratorowi, że podczas bezsennych nocy nachodziły go wyrzuty sumienia, gdy pomyślał, że ludzie, którzy mu zaufali, musieli zwrócić pieniądze za produkty, które nigdy nie zostały do nich wysłane.

Do udziału w oszustwach przyznała się też Maria Ż., z wykształcenia inżynier logistyki. Sikorskiego poznała jako klienta, który przyszedł do jej firmy wypożyczającej samochody. Robił wrażenie osoby zamożnej: miał złoty zegarek, duży markowy samochód, chwalił się znaczącym kapitałem na bankowych lokatach.

Chciał zawrzeć umowy leasingowe na trzy mercedesy najnowszej generacji. Wtedy jeszcze nie wiedziała, że pojazdy zostaną odebrane na podstawie podrobionego pełnomocnictwa wystawionego przez szefową spółki w Augustowie.

Sikorski zaproponował Marii Ż. pracę w jego nowej firmie zajmującej się sprzedażą paliw, a ona od razu się zgodziła. Podczas podpisywania umowy obecny był notariusz, bowiem ku swemu zaskoczeniu młoda kobieta została nie tylko prezesem, ale i udziałowcem spółki. Radość nie trwała długo - komornik wszedł na jej konto, bo puszczała puste faktury.

 - Wkręcili mnie w spółkę, abym ponosiła odpowiedzialność skarbową - zeznała podczas przesłuchania. - Również materialnie straciłam na zmianie pracy - w tej nowej, z powodu braku pieniędzy wypłacono mi tylko jedną pensję.

Kiedy w 2019 roku niespodziewanie "zmarł" Dariusz Sikorski zorientowała się, że pogrzeb i żałoba w firmie są mistyfikacją. Któregoś dnia podsłuchała rozmowę telefoniczną Mateusza T. z dopiero co pochowanym szefem. Chciała o swych podejrzeniach zawiadomić organy ścigania, ale w obecności adwokata. Kiedy dowiedziała się, ile trzeba zapłacić za wsparcie prawne, zrezygnowała. Wkrótce prokurator sam do niej przyszedł.

Zeznała, że wszystkie jej przestępstwa zostały popełnione z obawy przed okrucieństwem gangstera Sikorskiego, który kilka razy przystawiał jej broń do głowy, kiedy odmawiała podpisania sfałszowanych dokumentów. Raz wywiózł ją do lasu, aby ostrzec, że ma długie ręce. Jeśli zajdzie mu za skórę, coś złego może się przydarzyć jej nieletniej córce, o której on wie wszystko. Na dowód podał, gdzie dziewczynka aktualnie przebywa i w co jest ubrana.

Kartoteka szefa

Akt oskarżenia nie zawiera zarzutów wobec najważniejszej osoby - Dariusza Sikorskiego, który rzeczywiście zmarł w 2021 roku. Nim ten mężczyzna zorganizował grupę przestępczą, ośmiokrotnie lądował w więziennej celi.

W 2005 roku został świadkiem koronnym w sprawie zabójstwa Piotra Karpowicza, dyrektora oddziału likwidacji szkód w bydgoskim PZU. Z programu wykreślono go w 2017 roku, bo wielokrotnie łamał prawo.

Wtedy pod fikcyjnym nazwiskiem Ariel Neuman popełniał oszustwa podatkowe, wyłudzał kredyty, legalizował pieniądze z przestępstw. Sfingowanie swojej śmierci uwalniało go nie tylko od składania dalszych zeznań w sprawie zabójstwa w Bydgoszczy (wychodziło na jaw, że mataczy), ale pozwalało na rozpoczęcie na nowo działalności przestępczej pod zmyślonymi danymi osobowymi.

Pierwsza rozprawa zorganizowanej szajki ośmiu oszustów zaczęła się nietypowo. Oskarżeni wywoływani do składania wyjaśnień jeden po drugim najpierw przedstawiali swoją nędzną sytuację materialną (mimo ukończonych studiów byli bezrobotni albo utrzymywali się z zasiłku lub pensji poniżej średniej krajowej), następnie deklarowali wolę dobrowolnego poddania się karze. Prokurator się zgadzał. Oczekiwano, że wyroki byłyby w zawieszeniu. Jeden z członków zorganizowanej grupy przestępczej, notabene mający na swym koncie najmniej zarzutów, złożył nawet propozycję podania jego wyroku do publicznej wiadomości.

Sąd ponownie zajmie się sprawą w marcu.

Przeczytaj źródło