To pytania, które coraz częściej zadają sobie rodzice. I które wybrzmiały bardzo mocno w rozmowie Szymona Glonka z „Dziennika Gazety Prawnej” z Kingą Szostko, twórczynią aplikacji KidsAlert i przedstawicielką Fundacja ProSpołeczna.org.
Trendy, o których nikt nie chce mówić
Dla wielu dorosłych „trend” w mediach społecznościowych kojarzy się z tańcem, popularną piosenką albo zabawnym powiedzeniem. Czymś, co przychodzi i znika po kilku dniach. Tymczasem istnieje druga, znacznie mroczniejsza strona trendów. Taka, o której się nie mówi, bo jest niewygodna i przerażająca.
Jednym z nich jest tzw. „moja data”. Dzieci i nastolatki publikują w sieci konkretną datę i godzinę. Dla wtajemniczonych to nie jest przypadkowy wpis. To sygnał pożegnania z życiem. Ten trend został ujawniony podczas pracy zespołu KidsAlert przy kilku samobójstwach nastolatków na Pomorzu. Po analizie cyfrowych śladów i dwutygodniowym monitoringu okazało się, że takich treści przybywa.
I właśnie dlatego powstał alert. Nie po to, by straszyć, ale by ostrzec.
KidsAlert. Wrzask rozpaczy rodzica
KidsAlert nie jest państwową aplikacją ani elementem systemu. To oddolna inicjatywa, finansowana społecznie, stworzona „od rodziców dla rodziców”. Jak mówi Kinga Szostko, to jej osobisty wrzask rozpaczy po latach bezskutecznych prób zainteresowania problemem administracji platform, polityków i instytucji.
Aplikacja jest przeznaczona wyłącznie dla dorosłych. Nie monitoruje dzieci. Nie śledzi ich telefonów. Zbiera i opisuje niebezpieczne trendy obecne w sieci, tłumaczy je językiem zrozumiałym dla rodzica i podpowiada, na co zwrócić uwagę oraz co zrobić, gdy coś niepokojącego zaczyna dziać się w domu. Alerty przygotowują specjaliści, w tym psychologowie. Bez oceniania, bez straszenia, za to z konkretnymi wskazówkami.
Skala problemu jest ogromna
Według badań w Polsce niemal 1,5 miliona dzieci w wieku 7–12 lat korzysta z TikToka, mimo że regulamin platformy dopuszcza użytkowników od 13. roku życia, a transmisje live tylko dla pełnoletnich. Weryfikacja wieku w praktyce nie istnieje. Wystarczy jedno kliknięcie.
Co więcej, zespół KidsAlert oraz niezależni dziennikarze udowodnili, że nowo założone konto „dziecka” już po kilku minutach otrzymuje treści rezygnacyjne, pornograficzne albo skrajnie niebezpieczne. To nie są jednostkowe przypadki. To efekt działania algorytmu, który premiuje emocje, szok i skrajności, bo one najbardziej angażują.
Gdy wyzwanie zabija
Jednym z najbardziej wstrząsających przykładów był Paracetamol Challenge. Dzieci nagrywały filmiki, na których brały coraz większe ilości leków przeciwbólowych, sprawdzając, jak długo „dadzą radę”. W zeszłym roku kosztowało to życie dwóch dziewczynek spod Warszawy. Gdy sprawa zaczęła robić się głośna, TikTok usunął hasztag, a część środowisk zaczęła twierdzić, że trend… nie istniał. Materiały dowodowe jednak istniały i były zabezpieczone.
Takie trendy wracają cyklicznie. Ewoluują. Zaczynają się niewinnie, kończą tragicznie.
Dlaczego platformy na to pozwalają?
Odpowiedź jest brutalnie prosta. Negatywne, skrajne treści mają wielokrotnie wyższe zasięgi niż te pozytywne. Uzależniają. Zatrzymują użytkownika na dłużej. A im dłużej ktoś scrolluje, tym więcej zarabia platforma.
To algorytmy zaprojektowane jak mechanizmy hazardowe. Dla dzieci i dorosłych. Różnica jest taka, że dorosły ma większe szanse się zatrzymać. Dziecko często nie ma żadnych.
Zakazy czy odpowiedzialność?
Zakazanie TikToka to walka z wiatrakami. Dzieci znajdą obejścia, a brak dostępu może prowadzić do wykluczenia społecznego. Ale zostawienie wszystkiego bez kontroli też nie jest rozwiązaniem.
Australia zdecydowała się na radykalny krok i wprowadziła zakaz korzystania z mediów społecznościowych do 16. roku życia. To pokazuje, że można działać systemowo. Problem w tym, że wymaga to odwagi. Także politycznej. Zwłaszcza gdy sami politycy chętnie korzystają z tych platform.
Co może zrobić rodzic tu i teraz
Relacja. To słowo w rozmowie padało najczęściej. Bez relacji nie ma rozmowy. Bez rozmowy dziecko zostaje samo z telefonem, algorytmem i problemami, których nie potrafi nazwać.
Rodzic nie traci kompetencji tylko dlatego, że dziecko ma smartfona. Prywatność nie oznacza braku granic. A „święty spokój” bywa bardzo niebezpieczny.
KidsAlert nie zastąpi rodzica. Ale może mu pomóc zobaczyć to, czego sam nie jest w stanie wychwycić, scrollując przypadkiem wieczorem.
Bo gwarancji bezpieczeństwa w sieci dziś nie ma. A zamknięcie dziecka w pokoju z telefonem w ręku na pewno nią nie jest.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję

4 tygodni temu
26





English (US) ·
Polish (PL) ·