Belgia to parapaństwo, w którego sens istnienia nie wierzy nawet jego własny premier. Jakże to smutne, że nasze bezpieczeństwo, a przy okazji także europejskie marzenia o strategicznej autonomii rozbijają się dziś o weto jednego z nielicznych krajów UE, którego braku wspólnota europejska mogłaby by w ogóle nie zauważyć.
Premier Belgii, Bart de Wever jednym wetem zdemaskował słabość wiary w strategiczną siłę Europy. Miała ona – ta siła – wybrzmieć w pełni dzięki zarekwirowaniu zdeponowanych w UE rosyjskich pieniędzy i przekazaniu ich Ukrainie. Unia miała okazać się godną swoich mocarstwowych ambicji, pokazując światu – a precyzyjnie mówiąc głównie Moskalom i Amerykanom – że stać ją na śmiałe posunięcia, pozycjonujące Stary Kontynent w elicie globalnych graczy.
Wyszło niestety jak zwykle: pomysł, forsowany przez Niemcy i popierany przez większość państw północnej i wschodniej flanki NATO padł z powodu oporu władz Belgii, państwa, w którym Moskale trzymają rzeczone 200 mld dolarów.
Premier Bart de Wever bronił rosyjskich miliardów z zapałem, jakiego brakuje mu w myśleniu o własnym państwie.Mało kto bowiem pamięta, że stojący na czele flamandzkich nacjonalistów premier de Wever zdobywał sobie popularność pomysłem likwidacji Belgii i przyłączenia zamożniejszych, flamandzkich części tego państw do sąsiedniej Holandii. Taka postawa nie może jednak dziwić w państwie, które jest sztucznym tworem, zlepionym w XIX wieku jako prywatne przedsięwzięcie biznesowe dobrze skoligaconej z europejskimi dworami rodziny Saxo Coburg Gotha.
© ℗
Materiał chroniony prawem autorskim.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu tylko za zgodą wydawcy tygodnika Wprost.
Regulamin i warunki licencjonowania materiałów prasowych.







English (US) ·
Polish (PL) ·