Tajemnica Bożego Narodzenia (2)

2 tygodni temu 18

Jeśli naprawdę przyjęliśmy Światłość, to będzie ona świecić także w ciemnych momentach życia.

„Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony” (Mt 10,22).

Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia stawia nas wobec zaskakującego kontrastu. Wczoraj kontemplowaliśmy ciszę Betlejem, Dziecię złożone w żłobie, światło, które przyszło na świat. Dziś Kościół kieruje nasz wzrok ku męczeństwu – ku św. Szczepanowi, pierwszemu świadkowi, który zapłacił życiem za wierność Chrystusowi. W samym sercu radości brzmią słowa Jezusa: „Kto wytrwa do końca, ten będzie zbawiony”.

Boże Narodzenie nie jest jedynie sentymentalnym wspomnieniem ciepłej nocy sprzed dwóch tysięcy lat. Jest objawieniem Boga, który wchodzi w ludzki los do końca – aż po krzyż. Św. Szczepan widzi to najpełniej: w chwili, gdy kamienie spadają na jego ciało, jego serce pozostaje zwrócone ku niebu. Nie ucieka, nie odpowiada przemocą, ale modli się: „Panie, nie poczytaj im tego grzechu”. Wytrwałość, o której mówi Jezus, nie jest uporem ani twardością serca. Jest miłością, która nie cofa się nawet wtedy, gdy kosztuje najwięcej.

W żłobie i na Golgocie objawia się ta sama prawda: Bóg jest wierny. Szczepan mógł wytrwać, bo wcześniej przyjął dar obecności Boga, który stał się Człowiekiem. Wytrwałość chrześcijańska rodzi się z bliskości z Jezusem. Nie polega na heroizmie dla samego heroizmu, lecz na codziennym „tak” wypowiadanym Temu, który pierwszy powiedział „tak” człowiekowi.

Święto św. Szczepana uczy nas, że Boże Narodzenie ma konsekwencje. Jeśli naprawdę przyjęliśmy Światłość, to będzie ona świecić także w ciemnych momentach życia: w niezrozumieniu, w odrzuceniu, w cierpieniu. „Kto wytrwa do końca” – to znaczy ten, kto pozostanie wierny Ewangelii w małych rzeczach, kto nie zgaśnie w miłości, kto będzie umiał przebaczać.

Wpatrując się w Dziecię z Betlejem i w odważne świadectwo św. Szczepana, prośmy o łaskę wytrwałości. Aby radość świąt nie skończyła się wraz z kolędami, lecz stała się siłą na każdy dzień. Bo zbawienie zaczyna się tam, gdzie człowiek ufa Bogu do końca – nawet wtedy, gdy droga prowadzi przez trud i niezrozumienie. I patrzy na świat nie oczami lęku ale wiary, stając się misjonarzem Bożej nadziei. Dzięki takiej postawie tam, gdzie żyjemy – w naszych domach, sercach i relacjach – może rodzić się Chrystus, niegasnące źródło nadziei dla świata.

Przeczytaj źródło