W rosyjskim areszcie zmarł Krzysztof Galos. Głos ws. śmierci obywatela Polski zabrał ukraiński oficer Państwowej Służby ds. Sytuacji Nadzwyczajnych.
Anonimowy oficer – źródło „Gazety Wyborczej” – ujawnił nowe, nieznane dotąd szczegóły, dotyczące Polaka, którego Rosjanie przetrzymywali dwa lata temu w areszcie śledczym w Taganrogu (obwód rostowski).
Rosyjscy obrońcy praw człowieka, na których powołuje się dziennik, twierdzą, że Krzysztof Galos był regularnie bity. Jego śmierć była konsekwencją tortur.
Polak miał być torturowany
Około 40--letni oficer, rozmówca "GW", został zwolniony z rosyjskiego aresztu w październiku 2025 roku. Redakcji udało się z nim skontaktować dzięki uprzejmości Sztabu Koordynacyjnego, który trzyma pieczę nad obszarem wymiany jeńców wojennych między Kijowem a Moskwą.
Źródło dziennika potwierdza, że Polak znajdował się w areszcie w mieście portowym, które znajduje się nad Morzem Azowskim, choć osobiście z nim nie rozmawiał. Mężczyzna, który był więziony przez Rosjan, ma problem z nogami. Tłumaczy, że jeden ze sposobów znęcania się nad jeńcami, polega na uszkadzaniu kończyn czy biciu w głowę – stąd guz wewnątrz czaszki 40-latka, co lekarze wykryli u niego w trakcie badań.
Mężczyzna znajdował się ok. pięć cel od mieszkańca Małopolski. Nasz rodak nie umiał języka rosyjskiego – nie rozumiał więc osób, które poddawały go torturom. – on niewiele rozumiał, w związku z tym ciągle go bili – przy porannych i wieczornych kontrolach. Zmuszali go do uczenia się hymnu rosyjskiego – relacjonuje rozmówca "GW".
Krzysztof Galos nie żyje. „Codziennie go bili”
Ukraiński oficer mówi, że Polak pytany o to, co robi na południu kraju, gdzie toczy się wojna, odpowiadał, że "przyjechał zobaczyć zabytki historyczne". W pewnym momencie trafił na rosyjski posterunek, gdzie został zatrzymany. W areszcie, oprócz hymny, kazano mu także uczyć się śpiewać pieśń wojenną. – Zapomniałem jej nazwy, ale nawet śmialiśmy się trochę, bo on tak śmiesznie śpiewał. To był taki śmiech przez łzy – opowiada rozmówca gazecie.
Galos miał codziennie znosić ból. – Według moich informacji codziennie go bili: w tył głowy i po nogach – wskazuje. W czerwcu 2023 r. oprawcy mieli przesadzić. Tego dnia Polak patrzył przez okno na wewnętrzne podwórze, po którym spacerowali specnazowcy. – W więzieniu Rosjanie chodzili w maskach, a tam zdejmowali je, żeby odpocząć. Specnazowcy zorientowali się, że więźniowie obserwują ich z celi, a wyglądanie przez okna więzienne było surowo zabronione. Wpadli tam i wszystkich bardzo mocno pobili. Słyszałem, jak niedługo później więźniowie z tej celi zaczęli wzywać lekarza. Krzyczeli, że do Polaka – twierdzi anonimowe źródło "Wyborczej".
Jego dolne kończyny były w bardzo złym stanie – mocno spuchnięte. Ukraiński oficer mówi, że celę mieszkańca Krakowa kilkukrotnie odwiedzał medyk.
„Ja tu chyba umrę”
Niedługo później doszło do tragedii. – Usłyszałem z korytarza jakieś krzyki, przybiegli oficer dyżurny ochrony aresztu i medyk. Słyszałem, że kogoś wynoszą na korytarz, a potem zabierają. Potem wzywali na przesłuchanie chłopaków z tamtej celi – relacjonuje rozmówca "GW". Feralnego dnia więzień, z którym siedział Polak, opowiedział ukraińskiemu oficerowi o tym, co działo się w celi. – Krzysztof obudził się rano i powiedział: „Ja chyba umrę". Czuł się bardzo źle. Kiedy zaczął jeść śniadanie, nagle wzdrygnął się i upadł. Współwięźniowie od razu wezwali ochronę. Kiedy go wynosili, już umierał – opowiada.
Zdaniem anonimowego źródła nasz rodak miał umrzeć w związku z powikłaniami po udarze.
Czytaj też:
Tragedia w ośrodku narciarskim. 5-latek nie przeżył tego incydentuCzytaj też:
Gigantyczny pożar w Warszawie. Straty oszacowano na 300 tys. zł







English (US) ·
Polish (PL) ·