Fakty są takie, że Duńczycy od dekad pozwalali Amerykanom robić na Grenlandii, co zechcą. Pomagali im nawet tuszować wypadki z bronią jądrową. O najdalej idących pomysłach Amerykanie nie informowali Kopenhagi. Te wyszły na jaw dopiero po zakończeniu zimnej wojny, kiedy kulisy rywalizacji z ZSRR przestały być sekretne. Wtedy okazało się między innymi, że Amerykanie zostawili na Grenlandii rozbitą na drobne kawałki bombę termojądrową oraz odpady radioaktywne po mobilnym reaktorze, zamontowanym w bazie pod lodem. Na światło dzienne wyszedł też ich pomysł, by północną część wyspy przemienić w ogromną bazę rakiet z głowicami jądrowymi.
Wyspa na usługach USA
Amerykanie są obecni na Grenlandii nieprzerwanie od II wojny światowej. Wszystko w imię zapewnienia bezpieczeństwa swojemu państwu i - szerzej - zachodniej półkuli. Początkowo Duńczycy nie mieli w tej kwestii wiele do powiedzenia. W 1940 roku Niemcy zajęli ich kraj i Grenlandia została pozostawiona sama sobie, zyskując siłą rzeczy niezależność. Początkowo Brytyjczycy planowali wysłać tam swoje wojsko, ale Amerykanie im to szybko wyperswadowali. Posłużyli się przy tym także obecnie odmienianą przez wszystkie przypadki doktryną Monroego, czyli XIX-wieczną koncepcją, zgodnie z którą wszelkie interwencje zewnętrznych sił w obu Amerykach, są atakiem na interesy USA. Administracja Franklina D. Roosevelta w zamian skłoniła duńskiego ambasadora w Waszyngtonie do podpisania porozumienia, na mocy którego to USA miały zaopiekować się Grenlandią i zadbać o jej bezpieczeństwo. Stany Zjednoczone zyskały przy tym prawa do budowy baz i stacjonowania na wyspie wojska. Po wojnie duński parlament porozumienie ratyfikował. W 1951 roku podpisano nowe po tym, jak Dania i USA stały się formalnie sojusznikami w NATO. Umowa utrzymała przywileje Amerykanów, umieszczając je w ramach sojuszniczego dbania o bezpieczeństwo całego regionu. Obowiązuje do dzisiaj.
Większość swoich baz z okresu II wojny światowej Amerykanie porzucili po zakończeniu konfliktu. Jednak wraz ze wzrostem napięć zimnowojennych, temat powrócił. W latach 50. rozpoczęli szeroko zakrojony program rozbudowy systemu obrony kontynentu przed radzieckimi bombowcami, mogącymi nadlatywać przez Arktykę. Na Grenlandii wybór padł na bazę Thule (dzisiaj Pituffik), którą znacząco rozbudowano tuż po tym, jak podpisano wspomnianą drugą umowę z Duńczykami. Początkowo była to głównie tymczasowa baza dla bombowców strategicznych, ale z czasem rozmieszczono tam silne radary wczesnego ostrzegania, myśliwce i rakiety przeciwlotnicze z głowicami jądrowymi. Do tego różne systemy do badania pogody oraz łączności. Duńskie władze wyraziły potajemnie zgodę na rozmieszczenie w bazie broni jądrowej, choć oficjalnie od 1957 roku Dania utrzymuje politykę niedopuszczania broni i energetyki jądrowej do swojego terytorium.
Skażony lód
To właśnie w okolicach Thule doszło do najbardziej brzemiennego w skutkach wypadku wojska USA na Grenlandii. W 1968 roku, podczas rutynowej misji nad Arktyką, rozbił się w jej pobliżu bombowiec strategiczny B-58. Maszyna wykonywała lot w pełni gotowa do natychmiastowego ataku na ZSRR, a wszystko w ramach utrzymywanego w tajemnicy programu arktycznych patroli o nazwie Chrome Dome. Na jej pokładzie były cztery silne bomby termojądrowe. Podczas długiego lotu doszło do zapalenia się poduszki, którą jeden z lotników umieścił na grzejniku w kabinie. Piloci próbowali awaryjnie wylądować w Thule, ale zanim zdołali to zrobić, cały kokpit był wypełniony dymem, a elektryka wysiadła. Dowódca maszyny nakazał więc ewakuację. Pozbawiony kontroli samolot rozbił się na zamarzniętym morzu kilkanaście kilometrów od bazy. Doszło do silnej eksplozji i pożaru, który całkowicie strawił wrak. Nie doszło do detonacji termojądrowych, ale klasyczne materiały wybuchowe w bombach eksplodowały i rozrzuciły po okolicy całą ich radioaktywną zawartość.
Z siedmioosobowej załogi zginął jeden człowiek, który doznał obrażeń podczas opuszczania maszyny. Pozostałych szybko odnaleziono, w czym bardzo pomogli Innuici na swoich psich zaprzęgach. Natychmiast ogłoszono też alarm Broken Arrow, oznaczający utratę kontroli nad bronią jądrową. Wszystko odbywało się w ścisłej tajemnicy. Do operacji najpierw poszukiwania, a potem sprzątania resztek bomb, zaangażowano Duńczyków, którzy o wszystkim więc wiedzieli, ale również trzymali języki za zębami. Przez następne dwa miesiące (od końca stycznia do końca marca) około pół tysiąca Amerykanów oraz setki Duńczyków w pośpiechu sprzątało miejsce katastrofy, zanim wiosenne ocieplenie roztopi lód i potencjalnie uwolni skażenie do wody. W raporcie końcowym stwierdzono, że usunięto około 93 procent materiałów rozszczepialnych z bomb.
Przez lata pojawiało się wiele spekulacji, że jeden z ładunków tak naprawdę nie został znaleziony i znajduje się gdzieś na dnie morza w pobliżu Thule. Amerykanie nawet próbowali tam czegoś szukać przy pomocy robota podwodnego, ale nic nie znaleźli. Duńczycy w 2009 roku opublikowali szczegółowy raport oparty o wszystkie znane odtajnione dokumenty. Wynika z niego, że zaginiona pozostaje nie tyle bomba, ile ważny element jednej z nich - długi na około 50 centymetrów masywny cylinder zawierający około 8 kilogramów uranu-235. Nie wiadomo co się z nim stało. Czy uległ całkowitemu zniszczeniu w katastrofie, czy przeniknął przez lód i zatonął. Pomimo powtarzanych współcześnie poszukiwań na dnie w rejonie wypadku, niczego nie znaleziono. Nie zanotowano też skażenia.
Atom pod lodem
Inne piętno pozostawione przez Amerykanów na Grenlandii też znajduje się w pobliżu bazy Thule. Pod koniec lat 50. zaczęli tam kreślić bardzo ambitne plany zwiększenia swojej obecności na wyspie z bardzo konkretnego powodu. Ówczesne rakiety balistyczne miały jeszcze ograniczone zasięgi. Nie można nimi było dosięgnąć Związku Radzieckiego z Ameryki. Pojawił się więc pomysł umieszczenia ich na Grenlandii. W ramach programu Iceworm rozważano wydrążenie w grenlandzkich lodowcach tysięcy kilometrów tuneli, które zawierałyby kilkaset wyrzutni rakiet balistycznych z głowicami jądrowymi. Miały się rozciągać na powierzchni nawet 130 tysięcy kilometrów kwadratowych, czyli jakby trzech Danii. Projekt iście gargantuiczny.
W 1959 roku zaczęto wstępnie badać realne szanse budowy wielkiej bazy wojskowej pod lodem. Projekt nazwano Camp Century i przedstawiono Duńczykom jako program badawczy, mający na celu lepsze poznanie warunków panujących na grenlandzkich lodowcach oraz opracowanie nowych metod budowy posterunków wojskowych w takich warunkach. O rakietach nie wspomniano. Budowę bazy, położonej około 240 kilometrów od Thule w głąb Grenlandii, przedstawiano jako futurystyczny program badawczy. Kompleks w formie siatki z głębokich na kilkanaście metrów rowów, wykopanych w śniegu i lodzie, przykryto dachami i przysypano śniegiem. W długich na trzy kilometry tunelach przebywało maksymalnie 200 żołnierzy. Zasilania dostarczał pierwszy w swoim rodzaju mobilny i modułowy reaktor jądrowy, umieszczony w jednym z wykopów. Bazę pozwolono odwiedzić mediom, więc relacje z kolorowymi zdjęciami pojawiały się w gazetach.
Filmowy raport z budowy i funkcjonowania Camp Century wykonany przez wojsko USA
Natura nie zgodziła się jednak z wizjami amerykańskich strategów. Szybko okazało się, że grenlandzki lądolód jest znacznie mniej stabilny, niż przypuszczano i porusza się o wiele szybciej, niż myślano. Wykopy zapadały się i deformowały. Już po trzech latach znacząco ograniczono działanie bazy. W 1965 roku całkowicie ją ewakuowano, a oficjalne zamknięcie nastąpiło rok później. Program Iceworm zarzucono. Z bazy Amerykanie wywieźli to co cenne, w tym reaktor. Niektórych pozostałości bazy nie uznano jednak za warte zabezpieczenia. Wojsko założyło, że na Grenlandii i tak zawsze będzie padał śnieg, a szczątki i odpady będą na wieki przykryte wieloma metrami lodu. Na miejscu bazy zostały więc całe budynki i mnóstwo materiałów budowlanych. Co najgorsze została też skażona woda, używana do chłodzenia reaktora, paliwo do awaryjnych generatorów i najróżniejsze odpadki typowe dla bytności ludzi. Nie wiadomo jednak ile konkretnie. Opady śniegu są coraz mniejsze, więc grenlandzki lądolód szybko się kurczy. Aktualne szacunki mówią, że do końca tego wieku szczątki Camp Century mogą znaleźć się na powierzchni i skażą lokalny ekosystem.
Dania nie robiła problemów
Jak widać, Amerykanie nie mieli w przeszłości istotnych problemów w używaniu Grenlandii do swoich potrzeb, nawet w sposób, który oficjalnie był wbrew polityce Danii. Kopenhaga i tak po cichu się na to zgadzała. Co więcej, pomagała utrzymywać w tajemnicy przed własnym społeczeństwem kontrowersyjne aspekty współpracy. Efektem jest pozostająca w użytku największa baza wojskowa na wyspie, która należy do wojska USA i różne, mało przyjazne dla środowiska "prezenty", które pozostały w jej rejonie.
Aktualna rzeczywistość jest inna niż ta z czasów szczytu zimnej wojny. Można przypuszczać, że obecnie Duńczycy byliby mniej skłonni do tak daleko posuniętych ustępstw wobec Amerykanów, gdyby ci znów zapragnęli militaryzować wyspę czy umieszczać na niej broń jądrową. Jednak co do zasady Kopenhaga ciągle uznaje za obowiązujące zapisy umowy z 1952 roku, która pozwala wojsku USA, w ramach NATO, operować na Grenlandii właściwie do woli i niezależnie od lokalnego prawa i sądownictwa.
Dlatego wszelkie argumenty Amerykanów USA o konieczności przejęcia kontroli nad Grenlandią z uwagi na bezpieczeństwo narodowe, można spokojnie wkładać między bajki. Gdyby istniało jakieś realne zagrożenie z tej strony, Duńczycy z bardzo dużym prawdopodobieństwem chętnie współpracowaliby z wojskiem USA przy zabezpieczeniu się przed nim.








English (US) ·
Polish (PL) ·