Porwanie Maduro ćwiczyli na specjalnej makiecie. Night Stalkers nie dali szans Wenezuelczykom

1 tydzień temu 13

Abstrahując od oceny prawnej i moralnej, na poziomie militarnym uprowadzenie Nicolasa Maduro było majstersztykiem. Stało się możliwe w znacznej mierze dlatego, że w USA wyciągnięto wnioski z bardzo dotkliwej porażki 46 lat wcześniej. Wówczas amerykańskie wojsko i służby próbowały odbić zakładników z zajętej przez irańskich rewolucjonistów ambasady w Teheranie. Rajd śmigłowców w głąb Iranu skończył się jednak katastrofą, która mocno dotknęła Amerykanów. Aby uniknąć powtórki, sporo zainwestowali. Rajd na Caracas pokazuje, że się opłaciło.

Rozpracowanie, przygotowanie, wykonanie

Szczegóły porwania Maduro ciągle pozostają niejasne. Można zarysować jedynie ogólny schemat operacji z jej trzema kluczowymi elementami: przygotowaniem, bezpośrednim atakiem i działaniami wspierającymi go. Jawne działania obserwowaliśmy już od prawie pół roku, dokładniej od końca sierpnia, kiedy Amerykanie zaczęli gromadzić w pobliżu Wenezueli znaczące siły wojskowe. Opisywaliśmy to wielokrotnie, jako przykład największej koncentracji potencjału militarnego w regionie od dekad. To, jakie siły przerzucono w pobliże Wenezueli, jasno wskazywało na zamiary Amerykanów. Nie żadna wielka inwazja i okupacja, ale dominacja w powietrzu i na morzu oraz ewentualnie ograniczone rajdy na wybrane punkty w Wenezueli.

W tle miały się jednak toczyć przygotowania niejawne. Już po operacji porwania Maduro amerykańskie media napisały, że służby i siły specjalne szykowały się do niej jeszcze zanim rozpoczęto gromadzenie sił na Morzu Karaibskim. Między innymi według agencji Reutera, CIA zdołało pozyskać informatora w bliskim otoczeniu Maduro. Do tego służba miała jeszcze w sierpniu umieścić w Wenezueli zespół agentów, którzy śledzili prezydenta i mieli rozpracować schematy jego zachowania do najmniejszego szczegółu. Korzystając między innymi z tych informacji, Delta Force miała zacząć intensywnie ćwiczyć scenariusz porwania. Ta jednostka specjalna to najbardziej elitarny oddział US Army, wyspecjalizowany w tego rodzaju operacjach. Jego operatorzy mieli ćwiczyć, wykorzystując między innymi makietę ufortyfikowanej rezydencji Maduro, gdzie planowano go ująć.

Można zakładać, że prowadzono też wiele innych przygotowań, począwszy od obserwacji z kosmosu, przez samoloty i drony zwiadu elektronicznego aż po szczegółowe rozplanowanie całej operacji i ćwiczenie jej  wszystkich elementów minuta po minucie. Wszystko po to, aby mieć jak najbardziej szczegółowy obraz systemu obrony wenezuelskiego wojska, bezpośredniej ochrony Maduro, a w związku z tym pewność, kiedy znajdzie się w miejscu, gdzie planowano go ująć. To właśnie przedsięwzięcie zdołano przez miesiące utrzymać w tajemnicy.

Rajd nocnych prześladowców

Najbardziej widocznym efektem tych przygotowań był właściwy rajd śmigłowcowy na Caracas i porwanie Maduro. Nagrania, wykonane przez mieszkańców metropolii 3 stycznia w nocy, nie pozostawiają wątpliwości co do tego, jakimi siłami Amerykanie go przeprowadzili. Był to przede wszystkim 160. SOAR, czyli Lotniczy Pułk Operacji Specjalnych, nazywany też "Night Stalkers". Jedno z nagrań pokazuje wyraźnie 7 maszyn typu MH-60 Blackhawk i 5 MH-47 Chinook.

160. SOAR to powietrzne uzupełnienie Delta Force, wysoce wyspecjalizowany oddział, mający zapewniać siłom specjalnym transport śmigłowcami w najtrudniejszych misjach nad wrogim terytorium. Utworzono go po fiasku wspomnianej operacji w 1980 roku, która skończyła się tragicznie, głównie z powodu niedostatecznych umiejętności i niewystarczającego sprzętu lotników. Śmigłowce używane dzisiaj przez 160. SOAR to tylko na pozór powszechnie znane: UH-47 Chinook, UH-60 Blackhawk i UH-6 Little Bird. W praktyce maszyny pułku zostały poważnie zmodyfikowane i wręcz obwieszone sprzętem elektronicznym, który pozwala latać bezpiecznie i agresywnie w nocy, a do tego unikać namierzenia i ostrzelania z ziemi. Dodatkowo niektóre z nich, oznaczane literami MH, zamiast UH, są ciężko uzbrojone i służą za bezpośrednią eskortę. Ich załogi spędzają bardzo dużo czasu na treningu lotów nocnych i wysadzania komandosów w takich miejscach jak dachy budynków czy ciasne place.

Jeden z amerykańskich śmigłowców, prawdopodobnie zapewniający eskortę MH-60 DAP, ostrzeliwujący cele na ziemi w Caracas

MH-47 i MH-60 pułku są też przystosowane do tankowania w locie, co pozwala wykonywać im znacznie dłuższe misje niż standardowym śmigłowcom. Inaczej miałyby problem skrycie dotrzeć nad Caracas i wrócić. Nie wiadomo skąd startowały do operacji, ale do najbliższego terytorium amerykańskiego, czyli Portoryko, jest 800 km w jedną stronę. Taki lot wymagałby najpewniej kilku tankowań. Ewentualnie lądowiskiem po drodze mógł być duży okręt desantowy USS Iwo Jima, który od sierpnia działa na Morzu Karaibskim. To na niego dostarczono też porwanego Maduro. Okręt musiał podpłynąć w pobliże wenezuelskiego wybrzeża, najpewniej w silnej obstawie niszczycieli typu Arleigh Burke.

Nieliczne nagrania samego rajdu wykonane przez cywili, jak i późniejsze zdjęcia satelitarne oraz filmy pokazywane w wenezuelskich mediach, nie pozwalają z dużą precyzją zrekonstruować przebiegu ataku. Wiadomo tyle, że Maduro pojmano na terenie rozległego kompleksu wojskowego Fort Tiuna, położonego na górzystym terenie na południe od centrum Caracas. W trakcie rajdu śmigłowce i samoloty USA atakowały różne cele na jego terenie, w tym wyrzutnie systemów przeciwlotniczych. Zniszczono też kilka budynków i magazynów. Nie ma dowodów na jakąś intensywną obronę Wenezuelczyków, choć sporadycznie otwierali ogień do śmigłowców. Nagrano przynajmniej jedno nieskuteczne odpalenie lekkiej rakiety przeciwlotniczej. Według Amerykanów kilka maszyn odniosło uszkodzenia, ale poza jedną były powierzchowne. Ewidentnie wojsku USA udało się skutecznie zaskoczyć obrońców i z powietrza zdusić próby oporu.

Śmigłowce 160. SOAR schodzące do lądowania w Fort Tiuna

Wielkie wsparcie z dystansu

Żeby 160. SOAR i komandosi Delta Force mogli wykonać taki rajd bez poważniejszego oporu, w tle musiało się dziać bardzo dużo. Tego na nagraniach nie zobaczymy. Co najwyżej w formie wybuchów. Według Amerykanów w całej operacji wzięło udział łącznie 160 samolotów i śmigłowców. Pełen ich wachlarz od najnowocześniejszych w rodzaju F-22 i F-35, przez bombowce strategiczne B-2 i B-1, po starsze maszyny wielozadaniowe F/A-18 i ich wyspecjalizowaną wersję walki elektronicznej nazywaną Growler. Można przypuszczać, że były tam też liczne drony, samoloty rozpoznawcze, walki elektronicznej i latające cysterny.

Przy pomocy tej armady Amerykanie zrobili to, co już wielokrotnie robili z powodzeniem - wyważyli drzwi do wrogiego państwa, pozbawiając go możliwości obrony przestrzeni powietrznej i sprawnej kontroli własnych sił zbrojnych.

W praktyce polegało to przede wszystkim na atakach na szereg baz lotniczych w centralnej Wenezueli. Wybuchy i pożary raportowano w bazach Barquisimeto, Charallave, El Libertador i La Carlota. Ponieważ nie ma żadnych doniesień na temat prób stawiania oporu przez wenezuelskie lotnictwo (dysponuje na papierze flotą maksymalnie kilkunastu sprawnych Su-30 i F-16), można sądzić, że pozostało ono na ziemi. Atakowano też bazy morskie Meseta de Mamo i La Guaira oraz kilka obiektów w rejonie samego Caracas, nie tylko Fort Tiuna. Tam celami najpewniej były systemy łączności, stanowiska dowodzenia i obrony przeciwlotniczej. Dodatkowo na pewno były one celem intensywnego ataku elektronicznego, głównie zagłuszania działania łączności i systemów radarowych.

Wszystkie te zabiegi musiały być skuteczne, bo nie ma żadnych dowodów na działanie wenezuelskiego systemu obrony przestrzeni powietrznej, poza wspomnianym nagraniem odpalenia jednej lekkiej rakiety przeciwlotniczej z naramiennej wyrzutni i sporadycznego ognia z działek oraz karabinów maszynowych. Można być przy tym pewnym, że Amerykanom istotnie pomogli sami Wenezuelczycy, głównie poprzez bardzo niską realną gotowość bojową swoich sił zbrojnych. Ponad dekada zapaści gospodarczej, sankcje i mieszanie ideologii do spraw wojskowych odcisnęły poważne piętno. Nie można też wykluczyć zdrady, sądząc po opisywanej przez amerykańskie media infiltracji otoczenia Maduro przez CIA.

Militarny sukces, ale co z niego wyjdzie?

Efekt taki, że Amerykanie zdołali w ciągu operacji trwającej około 2,5 godziny wedrzeć się nad stolicę sporego kraju, posiadającego na papierze niemałe siły zbrojne i uprowadzić jego przywódcę. Wszystko bez strat po swojej stronie, poza kilkoma rannymi, a przecież ryzyko w takich operacjach jest ogromne. Po stronie wenezuelskiej miało zginąć około 80 osób, w tym pewna liczba cywilów, choć nie podano oficjalnych danych. Władze Kuby przyznały, że w ataku Amerykanów zginęło 32 obywateli wyspy, najpewniej członków najbliższej ochrony Maduro (Kuba wspiera wenezuelski reżim różnego rodzaju najemnikami i specjalistami).

Z punktu widzenia wojskowego trudno określić całą operację inaczej niż błyskotliwą. Inną sprawą będzie jej ocena polityczna, zwłaszcza z dłuższej perspektywy. Amerykanie mają tendencję do bardzo sprawnego używania siły zbrojnej na wstępie, bez posiadania jasnego i realistycznego planu na to, co zrobić później. Trump i jego otoczenie ewidentnie chcą podporządkować Wenezuelę USA, ale samo porwanie Maduro tego nie zapewnia.

Przeczytaj źródło