Muszą opuścić wieś, by zadzwonić na 112. „Problem faktycznie jest”

5 godziny temu 5

Numer 112 wybiera się zwykle wtedy, gdy liczy się każda minuta. W pasie przygranicznym na wschodzie Polski telefon, który ma ratować życie, coraz częściej okazuje się niedostępny. Mieszkający tam ludzie boją się o swoje bezpieczeństwo, samorządy są jednak bezradne. Jak to możliwe?

Mieszkańcy miejscowości położonych wzdłuż granicy polsko-białoruskiej od miesięcy zgłaszają poważny problem z dostępem do numeru alarmowego 112. W wielu wsiach w powiatach białostockim, hajnowskim i sokólskim próby wezwania pomocy kończą się niepowodzeniem – telefony automatycznie logują się do sieci białoruskich operatorów.

Nierzadko aby połączyć się z numerem alarmowym, trzeba opuścić wieś.

W skrajnych przypadkach, by połączyć się z numerem alarmowym, trzeba opuścić wieś. Jeden z mieszkańców osady w gminie Narewka musiał przejechać ponad dwa kilometry, by dopiero w innej miejscowości uzyskać połączenie i wezwać straż pożarną.

Numer alarmowy nie działa. Mieszkańcy wyjeżdżają z domów, łapiąc zasięg

Skala problemu nie jest dokładnie znana. Z relacji samorządowców i sołtysów wynika, że może on dotyczyć co najmniej 25-30 wsi położonych bezpośrednio przy granicy.

Sołtysi z regionu podkreślają, że problemy z łącznością nie są nowe, ale obecna sytuacja jest bezprecedensowa. Zwracają uwagę na to, że w wielu miejscach w ogóle nie ma internetu, a w telefonach złapanie polskiej sieci okazuje się niemożliwe – włącza się białoruska.

– Białorusini słono sobie liczą za połączenia, które ktoś wykona lub odbierze czy za SMS-y. Wcześniej jednak można było dodzwonić się przynajmniej na 112. Teraz i to nie jest możliwe. Wbijając ten numer, też włącza się białoruski operator – relacjonują lokalni przedstawiciele wsi w rozmowie z dziennikarzami Gazety Wyborczej.

Zdarza się, że osoby próbujące wezwać karetkę pogotowia muszą wyjść kilkaset metrów w pole, by telefon przełączył się na polską sieć.

Samorządy bezradne. „Technicznie nie jesteśmy w stanie pomóc”

Problem dotyczy całego pasa przygranicznego, między innymi w powiecie hajnowskim i sokólskim. W gminie Gródek w powiecie białostockim wójt Wiesław Kulesza potwierdza, że mieszkańcy wsi takich jak Chomontowce czy Świsłoczany – liczących po ponad 200 osób – również nie mogą połączyć się z numerem alarmowym.

– Sami technicznie nie jesteśmy w stanie rozwiązać tego problemu. Prosiliśmy między innymi za pośrednictwem wojewody, aby rozwiązania znaleźli operatorzy sieci komórkowych – przyznała Joanna Kojło, wicestarostka powiatu hajnowskiego.

Sprawa była zgłaszana już jesienią ubiegłego roku. Sygnały docierały także do Macieja Żywno z Polski 2025, wicemarszałka Senatu.

Telefony satelitarne i wojna hybrydowa? Apel z Senatu

W ubiegłym tygodniu Żywno wystąpił na mównicy senackiej, kierując pytania do ministrów obrony narodowej oraz spraw wewnętrznych i administracji.

Złożył wniosek o „przygotowanie i zastosowanie technologii, choćby tymczasowej, która zapewni wsiom przygranicznym połączenia z numerem 112”. Zaproponował między innymi o „ustawienie chociażby u sołtysów telefonów satelitarnych lub poprzez łącza Straży Granicznej, lub wojskowe umożliwienie połączenie stałym łączem z jednostkami Straży Granicznej lub wojska po to, żeby była możliwość zakomunikowania o potrzebie zgłoszenia pomocy”.

Podkreślał również, że „państwo ma obowiązek zapewnić dostęp do numerów ratunkowych każdemu obywatelowi, także tym, którzy mieszkają najbliżej granicy polsko-białoruskiej. To sprawa bezpieczeństwa, odpowiedzialności i zaufania do instytucji publicznych”.

W rozmowie z GW przyznaje też, że nie można wykluczyć celowego działania strony białoruskiej.

– Być może Białorusini świadomie przestawili swoją sieć, aby zagłuszać i numer 112. Może to nosić także charakter dywersyjny, wpisujący w wojnę hybrydową – stwierdził.

Problem znany, ale rozwiązania odległe

Jak przyznaje z kolei Inga Januszko-Manaches, rzeczniczka wojewody podlaskiego Jacka Brzozowskiego, zapewnienie dostępu do numeru alarmowego leży w kompetencjach wojewodów. Jesienią ubiegłego roku wojewoda informował, że sytuacja jest monitorowana, a operatorzy komunikacyjni – T-Mobile, Orange i Plus – prowadzili „działania naprawcze” i zapewniali Januszko-Manaches o „poprawie jakości świadczonych usług”.

Wiesław Leśniakiewicz, podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji wypowiadał się w podobnym tonie.

Z kolei sekretarz stanu w Ministerstwie Cyfryzacji Michał Gramatyka wskazywał, że infrastruktura telekomunikacyjna jest w większości własnością prywatnych operatorów. Podkreślał jednocześnie, że państwo wspiera likwidację tak zwanych „białych plam” dzięki środkom z Unii Europejskiej, Krajowego Planu Odbudowy oraz Funduszy Europejskich na Rozwój Cyfrowy.

Zaznaczał jednak, że inwestycje w telekomunikację mobilną na terenach przygranicznych są trudne, między innymi z powodu koordynacji z państwami spoza Unii Europejskiej, niskiej gęstości zaludnienia oraz rygorystycznych przepisów środowiskowych – takich jak obszary Natura 2000, parki narodowe, rezerwaty.

– Problem faktycznie jest – mówi dziennikarzom rzeczniczka wojewody podlaskiego i dodaje, że przy najbliższej okazji „wojewoda będzie rozmawiał z ministrem spraw wewnętrznych i administracji”.

Czytaj też:
Tajemnicze obiekty spadły na teren Polski. Policja apeluje o ostrożność
Czytaj też:
Przełomowe dane z polskiej granicy. To nie pierwsza taka doba

Przeczytaj źródło