"Ludzie palili się żywcem, nie mogliśmy nic zrobić". Wstrząsające zeznania świadka w procesie Sebastiana M.

4 dni temu 11

Data utworzenia: 8 stycznia 2026, 10:26.

8 stycznia, Piotrków Trybunalski (woj łódzkie). Sebastian M., oskarżony o spowodowanie śmiertelnego wypadku na A1, został ponownie doprowadzony na salę rozpraw. Tak jak wcześniej, w kajdankach, z pękiem cienkopisów w kieszeni dresów i notatkami w ręku. Tym razem to jednak nie on był w centrum uwagi. Głos zabrali świadkowie. Ich relacje są wstrząsające.

 ofiary tragedii oraz moment, w którym auto stanęło w płomieniach.
Sebastian M. podczas rozprawy w Sądzie Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim. Oskarżony o spowodowanie tragicznego wypadku na A1, w którym zginęła trzyosobowa rodzina. Na zdjęciach obok: ofiary tragedii oraz moment, w którym auto stanęło w płomieniach. Foto: Rafał Klimkiewicz / Edytor

Na sali zeznawał Grzegorz B., świadek tragicznego wypadku z września 2023 r. Mężczyzna opisał, jak zatrzymał się przy płonącym wraku kia, w którym zginęła cała trzyosobowa rodzina. — Auto było zadymione, klamkę miałem w ręce, gaśnica sięgała metr. Nie dało się nic zrobić — relacjonował świadek. Mówił, że próbował otwierać drzwi, ale były zablokowane. Z tyłu pojazdu już wtedy szalał ogień.

— Do dziś mam przed oczami, jak matka albo ojciec próbował osłonić dziecko ciałem przed płomieniami — mówił drżącym głosem. W pewnym momencie musieli się cofnąć. Chwilę później samochód stanął w płomieniach. — To był koszmar. Ludzie palili się żywcem, a ja nie mogłem nic zrobić.

Zarzuty wobec policji. "Każdy chodził, gdzie chciał"

Wstrząsająca relacja zawierała też oskarżenia pod adresem służb. Grzegorz B. podkreślał, że miejsce zdarzenia nie zostało odpowiednio zabezpieczone. — Jeździły tamtędy samochody, mimo że na drodze leżały części z wraku. Nikt nie zamknął ruchu — mówił.

Świadek opisał też chaos przy przesłuchaniach. — Najpierw jeden patrol zabrał nasze dokumenty, potem powiedzieli, że to nie oni będą nas przesłuchiwać. Przyjechała kolejna grupa. Policjanci sami byli zdziwieni — opowiadał. Mówił też o osobach postronnych, które podchodziły do miejsca tragedii, a nawet zaglądały do spalonego auta.

— Jednemu z nich, jak spojrzał do środka, zrobiło się słabo. Łapał się za głowę. Ja też widziałem to wnętrze. Nie da się tego zapomnieć.

"Wyprzedził mnie, jakbym stał. A jechałem 140 km na godz."

W trakcie rozprawy sąd odczytał także wcześniejsze zeznania świadka. Mężczyzna mówił, że jechał lewym pasem z prędkością około 140 km na godz., gdy nagle zauważył światła auta, które błyskawicznie się do niego zbliżały. — To ciemne BMW wyprzedziło mnie tak, jakbym stał — mówił w protokole. Chwilę później doszło do tragedii.

Po wypadku na przeciwnym pasie ruchu zatrzymała się kobieta, która — jak zeznał świadek — krzyczała, że już wezwała pomoc. Potem odjechała. Nadal jeździły samochody. — Droga nie była zablokowana, wszyscy jeździli między częściami rozbitego auta — relacjonował.

"Zachowywał się, jakby wjechał w kosz na śmieci"

Świadek wspomniał również o osobach, które pojawiły się tuż po zdarzeniu. Dwie młode kobiety — jak się później okazało — miały być żonami kierowcy i pasażera BMW. Jedna z nich weszła nawet do karetki, gdy badano Sebastiana M.

Zeznający mężczyzna zwrócił uwagę na zachowanie oskarżonego. — Przechodził obok wraku kia w pomarańczowej kamizelce z napisem "stil". Wyglądał, jakby go to w ogóle nie obchodziło — mówił. — Zachowywał się, jakby wjechał w kosz na śmieci.

Wspominał także, że inny mężczyzna — ok. 50-letni — rozmawiał z kierowcą BMW, a ich głównym zmartwieniem wydawało się być uszkodzenie auta. Dopiero po chwili ten sam mężczyzna zajrzał do środka spalonego samochodu kia i — jak opisał świadek — "złapał się za głowę".

Z protokołu wynika, że Sebastian M. powiedział policjantom, że "nic nie zrobił" i to kia "zajechała mu drogę". Świadek zaznacza jednak, że nikt na miejscu nie dał temu wiary.

Sebastian M. milczał. Matka ofiary płakała skulona

Podczas relacji świadka Sebastian M. siedział nieruchomo, jak "słup soli". Jego ojciec wzdychał ciężko, ale to nie on przykuwał uwagę sali. Matka kierowcy kia, który zginął w wypadku razem z rodziną, siedziała skulona, zasłaniając twarz dłońmi, nie mogąc powstrzymać łez.

Co się wydarzyło w sprawie Sebastiana M.? Krótka oś czasu

16 września 2023 r. — Tragiczny wypadek na autostradzie A1 w Sierosławiu (woj. łódzkie). BMW kierowane przez Sebastiana M. uderzyło w tył auta, którym wracała z wakacji trzyosobowa rodzina: rodzice i ich 5‑letni syn zginęli na miejscu. Samochód ofiar stanął w płomieniach.

Po wypadku 2023 r. — Sebastian M. nie został zatrzymany od razu i opuścił Polskę. Poszukiwany listem gończym Interpolu, trafił do Dubaju.

23 maja 2025 r. — Został zatrzymany w Zjednoczonych Emiratach Arabskich.

26 maja 2025 r. — Konwój z Sebastianem M. wylądował w Warszawie i przewieziono go do Polski, gdzie usłyszał zarzuty.

9 września 2025 r. — Rozpoczął się proces Sebastiana M. w Sądzie Rejonowym w Piotrkowie Trybunalskim.

25 listopada 2025 r. — Sąd przedłużył tymczasowy areszt oskarżonemu do maja 2026 r. Obrona próbowała go wypuścić, powołując się na stan zdrowia — wniosek oddalono.

8 stycznia 2026 r. — Kolejny dzień procesu. Świadkowie zaczęli zeznawać o swoich wstrząsających relacjach z miejsca wypadku

Zobacz też:

Sebastian M. dostał sygnał. Żarty się skończyły

Rozpoczął się proces Sebastiana M. Wymowny gest matki oskarżonego

Przeczytaj źródło