Chyba nigdy nie powiedziałam rodzicom, że chciałabym mieć brata albo siostrę: nieprawdziwe są (mam nadzieję!) też w moim wypadku stereotypowe i często raniące stwierdzenia, że jedynacy i jedynaczki są rozpieszczeni i nieprzygotowani do dorosłego życia.
Ale po seansie „Nie ma duchów w mieszkaniu na Dobrej”, debiutu reżyserskiego Emi Buchwald, gdzieś z tyłu mojej głowy zaczęła kiełkować myśl, co by było, gdybym to rodzeństwo miała. I nie będę ukrywać, że wiązała się z lekkim ukłuciem (pozytywnej!) zazdrości i nostalgii wobec tych, którzy wychowali się w modelu rodziny innym niż „dwa plus jeden”.
Film Emi Buchwald już podczas 50. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni wzbudził ogromne zainteresowanie i uznanie krytyków. I to faktycznie jest tytuł, po którym trudno od razu zebrać myśli. Nie dlatego, że brakuje w nim treści – przeciwnie. Historia, którą opowiada Buchwald, jest tak czuła i poruszająca, że potrzebuje chwili ciszy, by naprawdę ją poczuć.
Rodzinny dom potrafi być duszny (sic!), ale zawsze jest nasz
Kiedy przeprowadziłam się do Warszawy, niejako modnym było „odcięcie się” od domu rodzinnego, zachłystywanie się stołecznym tempem życia i budowanie w ten sposób nowej tożsamości. Sama niejednokrotnie wolałam spędzić weekend nad Wisłą, niż pojechać na rodzinny obiad. Wraz z upływem czasu widzę jednak odmienne podejście: znajomi celebrują czas z bliskimi, a wieczór spędzony przy herbacie staje się bardziej wartościowy niż wizyta w barze. Dlatego tak bardzo ujęli mnie główni bohaterowie „Nie ma duchów…”: Jana, Nastka, Franek i Benek. Choć każde z nich znajduje się w momencie życia, w którym trzeba podjąć pierwsze poważne decyzje i spróbować odnaleźć własną drogę, cały czas są rodziną i tę siłę widać na każdym kroku.
Jana przygotowuje artystyczną wystawę i próbuje odnaleźć spokój w świecie sztuki. Nastka desperacko szuka bliskości i miłości, jednocześnie martwiąc się o swoich najbliższych. Franek ucieka w muzykę, relacje i destrukcyjne nawyki, jakby chciał zagłuszyć chaos w swojej głowie. Najmłodszy Benek zmaga się z poczuciem odrzucenia i niepokojem, który przybiera niemal namacalną formę tajemniczego Dusiołka.
Choć rodzeństwo stopniowo oddala się od siebie i próbuje budować własne życie, wciąż łączy ich jedno miejsce – mieszkanie przy ulicy Dobrej na warszawskim Powiślu. To właśnie ono staje się symbolicznym centrum wydarzeń, pełnym wspomnień, emocji i niewypowiedzianych historii. Kamera przesuwa się po kolejnych pomieszczeniach w taki sposób, że niemalże czujemy klimat rodzinnego domu: czasem dusznego, ze wszystkimi wadami i niedociągnięciami, ale wciąż naszego.
View oEmbed on the source website„Nie ma duchów…” to kino, które nie krzyczy, a słucha
Nie ukrywam, że w trakcie seansu, jako „świadoma i pracująca nad sobą” prawie 30-latka miałam w głowie pytanie: Dlaczego na ekranie nie widzimy rodziców czwórki rodzeństwa? Prowadziłam dość naiwny, wewnętrzny monolog: Wtedy na pewno byłoby wiadomo, skąd wynikają traumy, zachowania i rozterki bohaterów.
Ale to byłoby za proste! Bo największą siłą filmu jest sposób, w jaki Emi Buchwald opowiada o młodych ludziach. Nie komentuje, nie ocenia, nie moralizuje i nie próbuje na siłę wyjaśniać ich świata. Zamiast tego po prostu (choć to wcale nie takie oczywiste) słucha swoich bohaterów, skupia się na tym, co tu i teraz, a nie na traumach i dzieciństwie (co tak bardzo rezonuje z nami, pokoleniem terapii i samorozwoju).
Ostatecznie poczułam w związku z takim przedstawieniem świata Emi Buchwald ogromną ulgę i ciepło na sercu. Jej bohaterowie nie są ani idealni, ani jednoznacznie negatywni – są po prostu ludźmi, którzy próbują odnaleźć sens w rzeczywistości pełnej presji i oczekiwań. Reżyserka stawia ważne pytania:
W tym sensie obraz Buchwald jest niezwykle poruszający. Pokazuje, że dorosłość nie zawsze oznacza balans, pewność siebie i kontrolę nad własnym życiem – często jest raczej procesem błądzenia, potykania się i powolnego uczenia się siebie.
Karolina Rzepa, Izabella Dudziak, Bartłomiej Deklewa oraz Tymoteusz Rożynek tworzą niezwykle autentyczne kreacje. Ich bohaterowie są prawdziwi – czasem nieporadni, momentami irytujący, ale zawsze bardzo… ludzcy. Każdy, kto ma rodzeństwo zrozumie dynamikę między czwórką postaci – pełną niedopowiedzeń, nieporozumień, ale przede wszystkim troski. Szczególnie bliska mojemu odbiorowi stała się postać Benka, którego lęki i samotność odzwierciedlają rozterki pokoleniowe.
Film Emi Buchwald zadaje pytania o to, co nas dusi i jak trudno być sobą
Tematyka jest u Emi Buchwald niezwykle spójna z warstwą wizualną. Zdjęcia Tomasza Gajewskiego nadają opowieści subtelny, niemal poetycki wymiar: kamera spokojnie obserwuje bohaterów, jakby próbowała uchwycić każdy drobny gest czy spojrzenie.
Ciekawym elementem jest także motyw Dusiołka – humorystyczne, ale jakże prawdziwe nawiązanie do poezji Bolesława Leśmiana. W filmie staje się on symbolem wewnętrznych lęków bohaterów, które potrafią dusić i nie pozwalają spokojnie oddychać. W końcu kto z nas nie miał podobnych doświadczeń?
Zamiast epatować dramatem czy brutalnością, Buchwald proponuje coś znacznie trudniejszego – opowieść pełną empatii.
Pokazuje młode pokolenie w momencie zagubienia, ale nie odbiera mu nadziei. To historia o rodzinie, bliskości i o tym, jak trudno – a jednocześnie jak bardzo warto – być sobą.

5 godziny temu
5








English (US) ·
Polish (PL) ·