Rozwój technologii znacząco wpłynął na rozwój turystyki. Dzięki łatwemu dostępowi do translatorów podróżni czują się pewniej i bardziej niezależnie, co zachęca ich do odwiedzania miejsc, w których wcześniej mogliby czuć się niekomfortowo z powodu nieznajomości języka. Lokalne społeczności także zyskują – mogą łatwiej komunikować się z turystami, oferować swoje usługi i promować kulturę. Translatory stały się więc nie tylko praktycznym narzędziem, ale też mostem łączącym ludzi z różnych stron świata.
Głównym bohaterem „Epepe” jest Budai, lingwista i poliglota. Trochę przypadkowo, zamiast do Helsinek, trafia do dziwnego i tajemniczego miasta, gdzie nikt nie mówi w żadnym znanym mu języku (a zna ich naprawdę sporo). Na początku wszystko odbywa się standardowo: melduje się w hotelu (ale traci paszport), dostaje pokój oraz wymienia trochę waluty. Szybko się orientuje, że trafił do niewłaściwego miejsca, ale ma problem, żeby wrócić na lotnisko. Nikt go nie rozumie, nawet jak gestykuluje. Wobec tego zaczyna spacerować po mieście, aby odnaleźć sposób na powrót do domu, rodziny.
Miasto, po którym błąka się Budai, jest szare, ogromne, bez zieleni czy wody. Ludzie są mało pomocni, wręcz niemili i szybko tracą cierpliwość. Można powiedzieć, że każde odkrycie głównego bohatera pokazuje, iż spotkało go coś nierealnego, wymykającego się logice czy racjonalizmowi. Bohater próbuje się komunikować, ale pomimo tego, że jest intelektualistą, nie jest w stanie zrozumieć zasad języka, który słyszy i się z kimś w końcu porozumieć. Można więc powiedzieć, że Ferenc Karinthy napisał powieść potępiającą globalizację i konsumpcjonizm. Autor pisze o barierach, a także odrzuceniu. Samotności w dużym mieście.
Przyznam się, że podoba mi się pewien fatalizm tej powieści. Każde działanie głównego bohatera jest skazane na niepowodzenie, a jego decyzje przybliżają go do ostatecznego upadku. Nie wiem, czy każdy węgierski pisarz jest takim fatalistą, ale scena, w której Budai uświadamia sobie, że kończą mu się pieniądze i zaraz nie będzie miał za co kupić jedzenia, jest naprawdę przerażająca. I nawet przelotne zauroczenie w windziarce czy ludowy zryw na końcu książki nie sprawiają, że wydźwięk powieści mocno się zmienia. Owszem, autor pozostawia pod koniec pewien zalążek nadziei, jednak nie daje on żadnej gwarancji odmiany losu.
„Epepe” można również odczytywać przez pryzmat metafory systemu totalitarnego. W wykreowanym przez Karinthy’ego mieście dominują ciągły pośpiech, kontrola i wykluczenie, a także anonimowość i brak celowości. Dostrzegamy więc pewną dehumanizację charakterystyczną dla tego typu prozy.
„Epepe” to naprawdę świetna powieść. Zapewne trochę trudna w odbiorze, gdyż można odnieść wrażenie, że bohater kręci się w kółko. Jednak będzie to właściwa interpretacja. Autor skazuje Budaia na iście syzyfowe męki. I pokazuje, że tak naprawdę we wszystkim tkwimy sami. Smutne, ale i prorocze.
Michał Wnuk

1 miesiąc temu
27





English (US) ·
Polish (PL) ·