Dagmara Łacny: Zacznijmy od Atlasu Antykoncepcji. Znowu jesteśmy na szarym końcu. 24 lutego byłeś w Brukseli na premierze tego raportu i poznałeś wyniki. Czy to jest dla ciebie zaskoczenie, że zajmujemy jedno z ostatnich miejsc?
Ginekolog dr Rafał Zadykowicz: My bardzo lubimy liczby. Lubimy rankingi, miejsca, porównania. Dają nam poczucie porządku i co najważniejsze złudzenie obiektywności. Jeśli jesteśmy piąci od końca, a nie ostatni, to można powiedzieć: „awans”. To trochę jak z igrzyskami olimpijskimi: my często patrzymy na efekt. Sportowiec zdobył medal, jest sukces. Tylko że chwilę później zaczynają się wywiady z tymi sportowcami i okazuje się, że oni nie mieli wsparcia finansowego, sami opłacali sprzęt czy stroje. Lepsze miejsce nie znaczy, że system zaczął działać dobrze. Tak samo jest z antykoncepcją.
W tym roku ten niewielki „ruch w górę” wynika głównie ze zmiany metodologii. Większy nacisk położono na finansową dostępność i refundację oraz na jakość informacji online. Atlas ewoluuje, dodawane są nowe czynniki, inne modyfikowane. Na zmianę pozycji w rankingu wpływ miał pilotaż farmaceutycznej antykoncepcji awaryjnej, który kończy się w czerwcu oraz pozytywny wpływ działalności NGO takich jak SEXEDPL. Nadal jesteśmy w tej samej grupie krajów z ograniczonym, utrudnionym dostępem do antykoncepcji. A skutki tego to widzę w mojej codziennej praktyce lekarskiej.
Dla Ciebie tak niska pozycja Polski w Atlasie nie jest zaskoczeniem, ale wiele osób jest zdumionych, gdy słyszy, że jest tak źle. „Przecież antykoncepcja jest legalna. Prezerwatywy są w każdym sklepie, tabletki można dostać od ginekologa”. W czym więc jest problem?
To jest dokładnie ten paradoks. Coś może być legalne, ale nie być realnie dostępne. Jeśli porównamy nasze doświadczenia do doświadczeń w innych krajach Europy, zobaczymy ogromną różnicę. Atlas bierze pod uwagę m.in. to, czy młode osoby, do 19. czy 25. roku życia, mają refundowaną antykoncepcję, czy metody długoterminowe są częściowo lub w pełni finansowane przez państwo. W Polsce tego nie ma, a to najbardziej ogranicza dostępność.
Co ciekawe, w ciągu ostatnich pięciu lat odsetek krajów oferujących refundację antykoncepcji wzrósł z 37% do 56%. To prawie 20 punktów procentowych różnicy. Kolejne państwa uznały, że realny dostęp oznacza też wsparcie finansowe. U nas wciąż sprowadza się to do pytania: czy antykoncepcja jest legalna? Skoro tak, to znaczy, że problemu nie ma.
W dyskusjach o refundacji regularnie pojawia się argument: „Dlaczego z moich podatków mam finansować czyjąś antykoncepcję? Są ważniejsze choroby, ważniejsze leki”. Jak rozmawiać z osobami, które tak to widzą?
Dla mnie to jest kwestia prawa człowieka do zdrowia, w tym zdrowia reprodukcyjnego. My bardzo często spychamy je dalszy plan, bo „ważniejsze” są choroby nagłe, nowotwory, kardiologia. Tylko że zdrowie reprodukcje jest elementem zdrowia publicznego i jest równie ważne.
Jeśli spojrzymy systemowo, to dostęp do skutecznej antykoncepcji zmniejsza liczbę nieplanowanych ciąż, ogranicza ryzyko powikłań zdrowotnych, wpływa na sytuację ekonomiczną rodzin. To nie jest „fanaberia”, tylko element profilaktyki.
Problem polega też na tym, że o „braku problemu” często mówią osoby uprzywilejowane. Jeśli kogoś stać na prywatną wizytę i kilkadziesiąt złotych miesięcznie na antykoncepcję, to rzeczywiście może nie widzieć bariery. Jednak system nie powinien być projektowany tylko dla tych, którzy sobie radzą.
Spójrzmy na Francję, która jest liderem tego rankingu. Czy tam nie ma problemów z finansowaniem ochrony zdrowia? Oczywiście, że tak. Czy nie ma potrzeb w onkologii? Też są. A mimo to antykoncepcji jest szeroko refundowana i nikt nie prowadzi wokół niej ideologicznej debaty, nie zadaje pytania: “to się opłaca”.
U nas to się często sprowadza do czarno-białego, politycznego sporu. Zawsze znajdzie się ważniejsza sprawa: pandemia, wojna, kryzys gospodarczy. Jeśli będziemy czekać na idealny czas, to temat zdrowia reprodukcyjnego zawsze będzie spychany na koniec listy.
Jak z perspektywy twojego gabinetu wygląda wiedza kobiet o antykoncepcji? Czy mamy do czynienia z nadmiarem informacji, czy raczej z jej brakiem?
To jest kolejny paradoks. Informacji jest bardzo dużo, ale rzetelnej, uporządkowanej wiedzy niewiele. Statystycznie pacjentki znają dwie, może trzy metody antykoncepcji. Najczęściej tabletki i prezerwatywy. Czasem wkładkę albo plastry. O implantach czy innych metodach długoterminowych wiele osób słyszy po raz pierwszy w moim gabinecie.
Co więcej, wybór metody bardzo często opiera się na doświadczeniach koleżanek. „Moja przyjaciółka ma wkładkę i poleca”. Albo odwrotnie: „Koleżanka po tabletkach miała skutki uboczne, więc ja się ich boję”. To jest często wiedza przekazywana pocztą pantoflową.
Internet jest pierwszym źródłem informacji o antykoncepcji, ale pojawia się pytanie: komu ufamy? Ministerstwu Zdrowia? NFZ? Portalom edukacyjnym? Influencerce z TikToka? Każdy odbiorca ma inne preferencje. Dla jednych przekaz na stronach medycznych jest zbyt suchy albo za bardzo urzędowy. Inni z kolei nie ufają organizacjom pozarządowym, takim jak SEXEDPL, bo uznają je za „ideologiczne”. Dlatego edukacja musi być obecna w różnych kanałach, także w mediach społecznościowych.
Obserwujemy silny trend „powrotu do natury”. Antykoncepcja hormonalna bywa demonizowana, a aplikacje do śledzenia cyklu przedstawiane jako zdrowsza alternatywa. Czy widzisz w tym realne zagrożenie?
Na razie to wciąż mniejszość, ale trend jest wyraźny i globalny. Widać go już w Stanach Zjednoczonych, w Australii, w Europie Zachodniej. Do nas takie mody przychodzą z opóźnieniem.
Naturalne metody mogą być skuteczne, to trzeba jasno powiedzieć. Wymagają jednak stabilności, a my żyjemy w świecie stresu, zmian pracy, przeprowadzek, presji. Cykl menstruacyjny reaguje na stres bardzo dynamicznie i potrafi się zmienić. Widziałem wiele nieplanowanych ciąż w takich sytuacjach. Poleganie tylko na aplikacji może być zawodne.
Drugi problem to dezinformacja. Influencerka mówi: „Ja miałam takie skutki uboczne po hormonach”, pod spodem kilka osób skomentuje, że też tak miało. Tworzy się wrażenie masowości. Tylko często brakuje badań, źródeł, odniesień naukowych. A czasem za tym przekazem stoi biznes — sprzedaż suplementów, kursów, diet, czy aplikacji. Problem zaczyna się także wtedy, gdy taka metoda jest przedstawiana jako w pełni bezpieczna i niezawodna, niezależnie od okoliczności.
Wróćmy do twojego gabinetu. 15-latka może współżyć, ale do ginekologa bez zgody rodzica pójdzie dopiero w wieku 18 lat. Co to oznacza w praktyce?
Oznacza ogromną lukę systemową. Konsultuję młode dziewczyny na SOR-ze przy różnych dolegliwościach, np. z bólem brzucha, i zawsze muszę zadać pytania o miesiączkę, współżycie. Często zapada cisza. ”Czy mama może wyjść?”. To są bardzo trudne, krępujące sytuacje.
W Polsce brakuje specjalnych punktów dla młodzieży. Miejsc, gdzie młode osoby mogłyby anonimowo uzyskać rzetelną informację, wykonać testy w kierunku infekcji przenoszonych drogą płciową, dostać wsparcie, czy bezpłatne prezerwatywy. W wielu krajach takie ośrodki istnieją, u nas tego nie ma.
Dwadzieścia lat temu wpisywałem pytania w Google i trafiałem na strony organizacji pozarządowych, które edukowały na temat zdrowia seksualnego. Dziś młoda osoba zrobi dokładnie to samo. Różnica jest taka, że internet jest znacznie bardziej zanieczyszczony informacyjnie. Może trafi na stronę SEXEDPL i znajdzie tam rzetelną, sprawdzoną przez ekspertów wiedzę, ale może trafi na konto, które szerzy nieprawdziwe informacje. Dlatego tym bardziej potrzebujemy bezpiecznych, sprawdzonych miejsc offline.
A jak wygląda dostępność do opieki ginekologicznej poza dużymi miastami? Są miejsca, gdzie do lekarza jest 30 km. Czy w takim przypadku wsparcie online może być pomocne?
Telemedycyna może pomóc, ale nie zastąpi wszystkiego. Nie zrobimy przez ekran USG ani badania fizykalnego. Program pilotażowy z tabletką „dzień po” w aptekach pokazał, że jeśli system przekieruje część odpowiedzialności na kogoś innego, w tym wypadku na farmaceutów, to on zaczyna działać sprawniej. Ale to nie jest rozwiązanie wszystkich problemów.
Mówimy tylko o kobietach. A mężczyźni? Czy doczekamy się skutecznej antykoncepcji dla nich, poza wazektomią?
Tak. Badania trwają i jesteśmy bardzo blisko. Pytanie nie brzmi „czy”, tylko „kiedy”. Firmy pracują nad rozwiązaniami, pojawiają się nowe technologie, patenty. Pytanie brzmi, jak zostanie to zakomunikowane. Bo żeby mężczyźni chcieli ją stosować, przekaz musi być jasny: zero lub minimalne skutki uboczne.
W przypadku kobiet akceptujemy, że przy stosowaniu antykoncepcji mogą takie wystąpić i traktujemy to jako wkalkulowane ryzyko. W przypadku mężczyzn oczekiwanie jest takie, że metoda ma być niemal pozbawiona jakichkolwiek działań niepożądanych. To pokazuje nierówność w postrzeganiu odpowiedzialności.
Pojawia się też kwestia zaufania. Kobieta, stosując antykoncepcję, ma kontrolę nad swoim ciałem. W przypadku męskiej antykoncepcji musiałaby zaufać partnerowi, że ją rzeczywiście stosuje.
Moja córka ma książkę o syrenkach i jest tam takie zdanie: „W świecie syren to tatusiowie rodzą dzieci”. I to zmienia perspektywę. Wyobraź sobie, że to mężczyźni ponoszą fizyczne i ekonomiczne konsekwencje ciąży. Czy antykoncepcja byłaby wtedy refundowana?
Nie zmienimy biologii, ale możemy zmienić system. I to jest właśnie to, o czym mówi Atlas – nie o ideologii, ale o gotowych rozwiązaniach systemowych, które działają w innych państwach od lat i które można wdrożyć u nas.

18 godziny temu
6








English (US) ·
Polish (PL) ·