Co by było, gdyby? Lekcja z decyzji, których nie podjęliśmy - Franki, SKOK-i, 500+

5 dni temu 8

Taki właśnie sens miała rozmowa o polskiej gospodarce ostatnich trzydziestu lat. O kredytach frankowych, nadzorze finansowym, energetyce, sądach, mieszkalnictwie i demografii. Wszystkie te wątki łączy jedno pytanie: co by było, gdyby państwo działało bardziej przewidywalnie, długofalowo i profesjonalnie?

Franki i złudzenie stabilności

Historia kredytów frankowych zaczęła się nie od złej woli, ale od błędnych założeń. Polska była krajem o niskich oszczędnościach, z ogromnym głodem mieszkań i taniego finansowania. Świat wydawał się stabilny. Byliśmy świeżo po referendum unijnym, a wejście do strefy euro uznawano za niemal pewne.

Nie doceniono jednego: ryzyka transgranicznych wstrząsów. Kryzysu finansowego, wojen, gwałtownych zmian geopolitycznych. Dziś, z perspektywy 2025 roku, brzmi to naiwnie. Ale w latach 2006–2007 mało kto wierzył, że globalny system finansowy może się zachwiać, a jeszcze mniej osób zakładało agresję Rosji na Ukrainę.

Błąd polegał nie tylko na oferowaniu ryzykownych kredytów, lecz także na tym, jak później próbowano rozwiązać problem. Zamiast pomocy skierowanej do najbardziej poszkodowanych, pojawiła się polityczna gra o głosy wszystkich frankowiczów. Efekt? Osłabienie systemu finansowego, chaos prawny i zachęta do ignorowania ryzyka, bo „państwo i tak pomoże”.

Gdy pomoc staje się powszechnym przywilejem

Państwo musi umieć reagować na sytuacje nadzwyczajne. Powodzie, pożary czy inne klęski żywiołowe uruchamiają szybkie, celowane mechanizmy pomocy. Nikt z tym nie dyskutuje.

Problem zaczyna się wtedy, gdy instrumenty kryzysowe zamieniają się w rozwiązania powszechne. Wakacje kredytowe dla wszystkich, niezależnie od sytuacji finansowej, brzmią dobrze wyborczo. Ale z punktu widzenia stabilności systemu są absurdem. Wprowadzają nowe ryzyko, którego nie da się sensownie zarządzać, i przerzucają koszty na innych uczestników rynku.

To przykład szerszego problemu: krótkoterminowe decyzje polityczne wypierają myślenie w horyzoncie pięciu, dziesięciu czy dwudziestu lat.

SKOK-i i cena braku nadzoru

Jednym z najbardziej jaskrawych przykładów zaniechań były spółdzielcze kasy oszczędnościowo-kredytowe. Od początku pozostawione poza realnym nadzorem państwowym, z iluzorycznym systemem gwarancji depozytów i tak zwanym „nadzorem koleżeńskim”.

Skutki były przewidywalne i… znane z doświadczeń innych krajów. Mimo to, gdy doszło do kryzysu, koszty przerzucono nie na winnych, lecz na klientów banków. Zapłacili deponenci, kredytobiorcy i pośrednio fundusze emerytalne.

To uderzyło w fundamentalne zaufanie do państwa i pokazało, że „państwowe” nie znaczy „niczyje”. Każda taka decyzja ma konkretny rachunek, który ostatecznie płacą obywatele.

Sądy, niepewność i inwestycje

Bez sprawnego wymiaru sprawiedliwości nie ma stabilnej gospodarki. Przedsiębiorcy, inwestorzy i zwykli obywatele muszą wiedzieć, że spory będą rozstrzygane szybko, przewidywalnie i zgodnie z prawem.

W Polsce od lat problemem jest chaos orzeczniczy, przeciągające się sprawy i podważanie statusu sędziów. Gdy różne instytucje państwa wysyłają sprzeczne sygnały, a linia orzecznicza nie jest jasna, rośnie niepewność. A niepewność zawsze hamuje inwestycje.

To nie jest abstrakcyjny problem prawników. To realny koszt gospodarczy.

Mieszkalnictwo i niewykorzystane narzędzia

Listy zastawne i banki hipoteczne mogły być jednym z filarów stabilnego finansowania mieszkalnictwa. Polska miała w tym obszarze tradycję i odpowiednie regulacje. Przez lata jednak instrument ten był blokowany politycznymi lękami, nieporozumieniami i dodatkowymi podatkami.

Efekt? Rynek mieszkaniowy oparty niemal wyłącznie na kredytach bankowych finansowanych krótkoterminowymi depozytami. Mało stabilny i podatny na wstrząsy.

Dopiero dziś wraca się do pomysłu dywersyfikacji źródeł finansowania. Pytanie tylko, ile lat zostało straconych.

Demografia i złudne obietnice

Program 500+ miał poprawić dzietność. Nie poprawił. Dzietność spadła do poziomu bliskiego 1,0. Program spełnił inne funkcje, ale nie tę kluczową, którą zapowiadano.

Problem demografii nie rozwiązuje się prostym transferem gotówki. Potrzebne są żłobki, przedszkola, stabilna praca, przewidywalne państwo i poczucie bezpieczeństwa na lata. Bez tego kolejne programy będą tylko doraźnymi łatami.

Po co nam pytanie „co by było, gdyby”?

Nie po to, by rozdrapywać przeszłość. Ale po to, by zrozumieć, że decyzje gospodarcze nie kończą się na jednej kadencji. Że ryzyko istnieje zawsze, a rolą państwa jest je uczciwie komunikować i nim zarządzać, a nie udawać, że go nie ma.

Jeśli z tych historii wyciągniemy jedną lekcję, to tę: stabilne, profesjonalne instytucje i długofalowe myślenie nie są luksusem. Są warunkiem dobrobytu. Bez nich pytanie „co by było, gdyby?” będzie wracać coraz częściej – i coraz boleśniej.

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję

Przeczytaj źródło